niedziela, 26 czerwca 2016

Tybet


Byłem w Tybecie.
Co prawda jedną noc, ale byłem.
Tak niespodziewanie byłem w Tybecie.
Jedną nieprzespaną noc, ale byłem w Tybecie.
Spotkałem dobroć i troskę.
Spotkałem czystość i czułość.
W Tybecie, gdzie z dobrych ludzi
rodzą się dobre dzieci.
Spotkałem dorosłych chłopców
okaleczonych przez życie.
Żyjących dzięki tym,
którzy znaleźli odpowiedzi na pytanie:
Jakie jest moje powołanie?
Spotkałem śpiącego w oddali tybetańskiego rycerza
i psa tybetańskiego.
Psa tybetańskiego za kratkami... tak jak cały Tybet.
Chodziłem boso po porannej tybetańskiej rosie.
Spotkałem drogę, na którą nigdy byśmy się nie zdecydowali
gdybyśmy wcześniej wiedzieli,  jaka jest trudna i karkołomna.
Tybetańczyka spotkałem, którego tybetański klimat
nauczył ostrości widzenia.
Spotkałem również jego kobietę,
która wypieka wspaniałe tybetańskie ciasta…
a z wdzięczności za moje przybycie
pocałowała mnie w policzek skrycie.
Byłem tam jedną noc…
a wydawało mi się, że byłem całe życie.
A jednak bycie dobrym służy w dobrym byciem.

Wdzięczny Państwu Wójciakom za gościnę.
Autor


wtorek, 7 czerwca 2016

Historia pewnej książki.


Wybierając się do Zakopanego miałem dwie alternatywy, albo pojadę własnym samochodem w komforcie z możliwością postoju i dojechania tam gdzie chcę… przy tym dzięki CB i nawigacji Garmina omijając „wszystkie” korki… albo jechać autokarem firmy nieznanej za 15 złociszy.
Ponieważ ostatnio zostałem obdarowany przez los nową książką, pomyślałem… wybieram tę drugą możliwość, która pozwoli mi na konsumpcję wyżej wymienionej i poczynienia oszczędności finansowych… a to ważny element życia krakusa. Mojego leciwego Rosynanta porzuciłem w deszczu pod dworcem autobusowym (dawny PKS) w Krakówku.
Udało mi się wsiąść dopiero do drugiego autokaru…, bo tego dnia chętnych do czytania książek było wielu. Usadowiłem się wygodnie na tylnym siedzeniu, aby mój górski plecak nikomu nie wadził.
Bus był wypełniony podróżnymi po brzegi… Pośpiesznie wyciągnąłem książkę i z zapartym tchem zacząłem czytać, zdanie po zdaniu. Obok mnie usiadła młoda kobieta w puchowej kurtce z mocno zawiązanym szalikiem pod szyją. Ponieważ włączył się we mnie rodzic opiekuńczy, podpowiedziałem jej, żeby ściągnęła sobie kurtkę, bo do Zakopanego jedzie się nieraz wiele godzin, a jej organizm może ulec przegrzaniu… I wykrakałem, jechaliśmy cztery godziny objazdami krajoznawczymi znanymi tylko kierowcy, który w ten sposób pragnął ominąć stojącą Zakopiankę.
Specjalnie nie zależało mi na czasie…, chociaż w Zakopcu czekała na mnie Don Anastazja z planami wspólnej sobotniej wyprawy w Tatry… Założyłem sobie, że w tę zimę odwiedzę wszystkie schroniska tatrzańskie po naszej stronie.
Puchowo-szalikowa kobieta obróciła się ku mnie i ze wschodnim akcentem odpowiedziała, że przeprasza mnie, ale nie rozumie dobrze języka polskiego… dalej siedząc opatulona.
Miała pociągłą twarz jak ikony Rublowa i zielonobrązowe oczęta.
Więc się uśmiechnąłem porozumiewawczo i wróciłem do lektury, ale kobieta ciekawa tego, co do niej powiedziałem wyjaśniła, że jest Białorusinką, która przyjechała zwiedzić ojczystą ziemię swojego dziadka… No i się stało… Lepiej nie mogła trafić jak na włóczykija.
Przez całą podróż uczyliśmy się języka polskiego przekładając go na białoruski, a łącznikiem był język rosyjski. Okazało się, że zawodowo zamierza zajmować się sercem człowieka, a podróżuje z kolegą, który jest architektem. Te cztery godziny minęły nam jak z bicza trzasnął, książka przeleżała na moich kolanach, a nowa znajomość została zawarta… Polska i Białoruś przez rozmowę bardziej poznana. Dziewczyna wdzięczna za czas poświęcany jej osobie, wysiadając podała mi dłoń i wróciła do kolegi, który z braku innej możliwości siedział od nas daleko. Opuściwszy pojazd popędziłem do Anastazji, która w trosce o moje zdrowie już w czasie podróży dzwoniła…, czemu mój przyjazd się tak mocno opóźnia.

Godzina była popołudniowa, gdy wyruszyliśmy na szlak, zakładając, że może saniami pojedziemy pod schronisko, aby nadrobić stracony czas, lecz spragnieni siebie, słowa i wysiłku fizycznego udaliśmy się pieszo po mlecznej drodze… Mijając przeróżne bałwanki, kapliczki skromne i te na bogato, kruka, góry i lasy. Brnęliśmy w śniegu po pachy do kaplicy… by w końcu osiągnąć cel i wspólnie spożyć obiad w schronisku. Czas naglił, więc ochoczo wyruszyliśmy w drogę powrotną mijani jeno przez narciarzy i biegaczy… Dziwnym trafem sanie na nas u góry również nie czekały. Noc cicho czernią zapadała, ale na bieli nie trzeba świateł. Mijaliśmy z rzadka ludzi… Jedni szczególnie przykuli naszą uwagę, podróżowali z dwoma psami odzianymi w urocze szaty… Jak się później miało okazać, to oni uratowali nam skórę (Dolina Chochołowska to jedyne miejsce w Tatrach, gdzie można podróżować ze swoimi czworonożnymi przyjaciółmi). Odkąd wyruszyliśmy ze schroniska, towarzyszyły nam coraz bardziej obfite opady śniegu, oblepiając nas niczym uciekające przed wiosną bałwanki. Z czeluści mroku usłyszeliśmy jakby delikatne dzwonienie, ciemna kilkudziesięciometrowa czarna sylwetka niczym smoka wawelskiego wyłaniała się z lasu, sunęła po szlaku, przy tym buchała z niej para, a ogień unosił się nad jej grzbietem… Kiedy się już gotowałem do boju, aby hydrze odrąbać wszystkie głowy i ocalić dziewicę, którą ta bestia niechybnie chciała pożreć… usłyszałem te słowa: „Tato odpuść, to kulig z pochodniami”. Zaiste… Koń za koniem, dyszel za dyszlem, kumoterka za kumoterką, jak to mówią tirowcy na „cycora” sunął na mrozie radosny orszak robiący sobie selfie i machający nam przyjaźnie butelkami wypełnionymi jakąś cieczą… Być może była to podpałka do pochodni lub coś w rodzaju boryga. Odwzajemniliśmy się im gestami przyjaźni i tak maszerując dobrnęliśmy do bacówek przy parkingu, gdzie płonęły ogniska, a cepry spożywając pieczone barany i kiełbasy hulały rubasznie do muzyki góralskiej… Trzeba przyznać, że w żadnej z tatrzańskich dolin nie uświadczysz takiej uciechy. Ja rozkoszując się widokiem watry znów zostałem sprowadzony przez Don Anastazję na ziemię słowami „Tato, bus nam odjeżdża!”…i odjechał, zobaczyliśmy tylko ogniki drogowych tylnych świateł. Dziecko me odkąd pobiera lekcje życia od górali fechtując się dłutem i pędzlem do zawodu artysty plastyka… zrobiło się dziwnie odpowiedzialne za ojca, któremu motyle w głowie latają mimo skończonych wielu latek, a i o skupienie się tego osobnika trudno nieraz się doprosić. Miała do mnie żal, że przez moje gapiostwo na otaczający świat nie zdążymy na ostatni autobus z Zakopanego do Krakówka. No tak na tablicy napisali, że kolejny bus z Doliny Chochołowskiej do Zakopanego jest za godzinę i trzydzieści minut… A tubylec nas nie pocieszył, rzekłszy  Przydziy abo niy… Jak siy Jasiek przynapijy, abo pódziy do Maryny to nie przydziy. Uspokoiłem moją latorośl, żeby się nie frasowała i jako obłędny rycerz przyrzekłem, że choćby z podziemi, ale transport do Zakopca załatwię. Jakem rzekł takem uczynił, zobaczywszy schodzących ze szlaku owych turystów z psami, zagadnąłem, gdzie jadą, a dowiedziawszy się gdzie zapytałem ich, czy mogliby nas do Zakopanego podrzucić… Wyrazili zgodę z jednym ale… Jeżeli państwu psy nie przeszkadzają… Nam psy nie… lecz obawiam się, czy my psom nie będziemy przeszkadzać… Jakby na potwierdzenie moich słów jeden z psów zawarczał, ale zaraz został przez panią dobrotliwie spacyfikowany. Wybawcami okazali się sympatyczni młodzi ludzie z Warszawki, którzy narzekali:
- W Zakopcu tłoczno od turystów… Pewno na weekend krakusy przyjechały…
Po czym nas zapytali:
- A państwo skąd są…
Z Krakowa, odparłem :)
I tym sposobem na czas dobiłem do dworca uprzednio pożegnawszy się z Don Anastazją.
Na dworcu mimo późnej pory napotkałem wielu turystów oczekujących na autobus do Krakowa.
Pokaźną liczbę z nich stanowili obcokrajowcy… Gdy przyjechał autokar i towarzystwo się wyraźnie ożywiło, nastąpiły roszady i przetasowania, moją uwagę przykuł wielki murzyn, który posturą przypominał koszykarza NBA lub amerykańskiego futbolistę. Zgarnął swoich bliskich w ramiona i sam własnym ciałem jak trał torował im drogę ku drzwiom… Korzystając z pustki i tunelu aerodynamicznego, który pozostał po tej szarży… wydąwszy usta (kto mnie zna ten wie, że mam je niczym glonojad), że ja niby też z jego familii, dostojnym krokiem wsiadłem zaraz za rodziną kolegi Bambo.
Zajęli wszystkie miejsca na tyle autobusu, sam przewodni grupy usiadł na środku, aby mógł wyprostować swobodnie swoje długaśne nogi… tak przypuszczam. Ja natomiast cichutko przycupnąłem w fotelu przed nimi, położyłem sobie grzecznie plecak na kolankach i wyciągnąłem wiadomo co… książkę, którą miałem nadzieję tym razem spokojnie przeczytać. Koło mnie usiadł człowiek podobnej maści jak ja. No i ruszyliśmy machając na pożegnanie tym, którzy nie zdołali się dostać do autokaru… Takie oj tam oj tam nic się nie stało, jeszcze macie pociąg do Krakowa… Na rano zajedziecie w sam raz na śniadanie.
Zapaliłem autobusową lampkę, która mieści się pod sufitem, a swym kształtem przypomina gałkę oczną kameleona i zagłębiłem się w lekturze, mimo wrzawy, jaka wydobywała się z tylnej kanapy. Tak się zaczytałem, że prawie nie zauważyłem jak mój współpasażer w New Targu wysiadł i obok mnie zostało wolne miejsce. Pośpiesznie położyłem tam plecak, aby czasem komuś do głowy nie przyszło przeszkadzać mi w czytaniu. Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę, nagle nade mną pojawiła się wielka postać czarnoskórego mężczyzny, który w sobie znanym języku, a dla mnie kompletnie niezrozumiałym (bardziej czytałem jego mowę ciała), przekazał mi dobrą wiadomość… tzn. mógłbyś kolego wziąć ten plecak, położyć na górę, bo chciałbym usiąść koło ciebie i poczytać sobie książkę, dzięki temu moja rodzina będzie miała więcej miejsca… Mniej więcej tak wyglądał jego przekaz mowy ciała… przynajmniej tak mi się wydawało. Jak bumerang mój plecak powrócił na moje kolanka… Smoków, wszelakich zjaw ni plugawego rycerstwa się nie boję…, ale wielkiego murzyńskiego gladiatora, który notabene czyta jeszcze do tego książki…. Bardzo się boję.
Współpasażer innej maści zasiał obok mnie i zaczął sterować okiem kameleona, aby świeciło na jego książkę (nadmieniam, że każdy pasażer ma swoje światełko). A ono zgasło… Nie, nie, to nie ja rzuciłem na nie urok… pomyślałem… no może troszkę… Gmerał przy oku jeszcze przez chwilę, po czym wzruszył bezradnie ramionami, a ja popatrzyłem na niego ze współczuciem i rozłożyłem również ręce bezradnie. Pomyślałem… chyba mnie z mojego siedzenia nie wywali, chociaż nie byłem tego taki pewien… On od początku wydawał mi się dziwnie podejrzany… przynajmniej jakby miał ADHD.
Zrezygnowany, przesiadł się na poprzednio obraną pozycję i tam zaświecił lampkę.
Wydawało się, że jest już po sprawie, towarzystwo się nagadało i powoli usypiało, sam zainteresowany czytał książkę, czyli konstans.
Nagle trach!!! Kierowca wyłączył światło, bo coś nie domaga akumulator.
Zrobiło się tak ciemno, jak powiada pewne polskie przysłowie, ale zważywszy na okoliczności nie będę go cytował, w każdym razie zanim moje oczy przyzwyczaiły się do nocy, to przez chwilę nie widziałem przybysza z zaświatów. Eureka!!! Przecież w plecaku ma latarkę tzw. czołówkę, więc sięgnąłem po nią załadowałem baterie i umieściłem na głowie… Zaświeciłem trybem oszczędnym, aby światło za bardzo nie odbijało się od białych kartek i skierowałem głowę w kierunku gladiatora… On z podziwem w oczach i z podniesionymi zmarszczkami mimicznymi na czole pokiwał głową porozumiewawczo, ale pewno przez jego głowę przeleciała taka myśl… Tak, ten Polak często jeździ polskimi autokarami, więc wie, że mają awarie światła lub je oszczędzają i trzeba mieć własne oświetlenie… ciekawe, a w żadnym przewodniku po Polsce takiej informacji nie znalazłem.
W tym momencie wstąpiła we mnie solidarność czytacza książek jak i rodzica, który chce pomóc bezradnemu dziecku. Wiadomo, jako inspektor gadżet mam przy sobie jeszcze na wyposażeniu kilka latarek… Tak w razie gdyby zawiodła ta podstawowa, a wiadomo w górach w nocy nie ma żartów.
Sięgnąłem do plecaka i wyciągnąłem tę na rzepy, w jaką są wyposażeni na misjach amerykańscy żołnierze i podałem koledze po fachu… Żebyście zobaczyli jego minę, a po chwili zadowolenie… Ten widok był wart wszystkich pieniędzy… Sprawnie uregulował sobie rzepy i wsadził na ogoloną głowę, po czym zagłębił się w lekturze… Podobnie jak ja.
Przed Krakówkiem kierowca ponownie załączył kameleonowe światła. Uśmiechnięty cudzoziemiec oddał mi latarkę i podziękował. Gdy wysiadaliśmy wyszczerzyliśmy do siebie kły… Moje były czarne od jagód, jego białe jak chochołowski śnieg… Wzajemnie unieśliśmy kciuk do góry i mrugnęliśmy porozumiewawczo do siebie. Mam nadzieję, że w jego kraju ten gest oznacza to samo, co w moim, tzn. dobrze jest lub ok.
Dziękuję za wspólną podróż i trudne czytanie książki.