środa, 7 czerwca 2017

Paradoksy

Przemoc - alternatywą pokój
Ruch - pragnienie bezruchu
to co nieruchome - wiecznie w ruchu
Biegunowość dobra i zła
na „raz” zmieniają się rolami
inspirując się przeciwstawnie
A jednak coś trzeba robić 
nawet jak stoję
to poruszam się w jakąś stronę
Przez huk doceniam ciszę
ciszę zastępuję głosem bo słyszę za dużo
Szarość przechodzi w kolory i odwrotnie 
Światłość ogarniana mrokiem aż ją unicestwi 
ustępując tylko wielkiej sile jasności
Kropla drąży skałę zabierając ją ze sobą 
To co z ziemi wyrasta do ziemi powraca
A jednak trzeba coś robić
nawet jak stoję
to poruszam się w jakąś stronę



niedziela, 4 czerwca 2017

Jesienny wiersz wiosną


Wiosną też słońce zachodzi.
Doceniam to, że przemijam bezboleśnie. 
Boli, gdy widzę, jak nie rozkwitasz. 
Lustrzane odbicie szkodzi tym, 
którzy się w nim źle widzą. 
Oddychasz nikotyną, 
bo nie pamiętasz, 
jak smakuje oddech unoszący Twoje piersi. 
Wiosną nie zawsze jest słonecznie.
Tak różnie postrzegamy świat,
że nasze kontynenty ciał coraz dalej są od siebie.
Moc pragnienia przeszkadza w poszukiwaniu prawdy. 
Zamykam drzwi… nie zostawiam kluczy pod wycieraczką. 
Samo wyjście nie oznacza zamknięcia.
Samo przyjście nie oznacza, że jestem.
Wiosną nawet w nocy świeci słońce.
Dobranoc.
2015



sobota, 27 maja 2017

Powrót do lat powojennych ubiegłego stulecia




Powrót do lat powojennych ubiegłego stulecia
Po ulewnych deszczach, które były przednówkiem zbliżającej się majówki, wbrew wydawałoby się rozsądkowi, mój palec na mapie wskazuje podróż w Beskid Sądecki. Wyruszam w niezwykłą podróż niezwyczajnego dnia. Bo oto zostawione rękawiczki... przypadkiem... Przypadkiem stają się świadkami cierpienia samotnego niewidomego człowieka przy odejściu jego ukochanego zwierzątka. To właśnie te rękawiczki spowodowały, że nie była Ona sama w tym cierpieniu i kiedy mój wysłannik spełnił swoje zadanie, zaproponowałem mu w rewanżu (ku jogo aprobacie) wspólne wyruszenie w góry, późnym czasem jak na odległość Kraków-Rytro.

Gdy docieraliśmy do miejsca marszruty, niebo jakby się powoli przecierało, a chmury rozstępowały, przekonując, że słońce dalej istnieje. Zupełnie jak z wiarą w Boga... On też bywa przysłonięty różnymi obłokami... i tak trwa dopóty ktoś, coś lub On sam się przed Tobą nie odsłoni ze swoim pogodnym obliczem... Tak jest z wieloma rzeczami np. z miłością bliskiej osoby... niby jest... ale jej nie widać i w ogóle… po czym poznać, że drugi człowiek Ciebie kocha...

Przybyliśmy zaawansowanym popołudniem na parking płatny, który dziś już nie pobiera opłaty. Zamierzam prowadzić obecnego towarzysza podróży poza szlakiem w kierunku Zadnich Gór. Jest to podróż sentymentalna, bo wszak właśnie tędy przed wieloma laty podróżowałem z małym, dwuletnim mężczyzną. Było to jakby onegdaj.

Odziawszy się w zbroję turystyczną i wszelaki sprzęt optyczno-wyprawowy, wyruszamy najpierw pokłonić się ruinom zamku w Rytrze. Kiedy z zarośli wychylała się historia rycerskich czasów, na pozostałych kamieniach pamięci zamczyska wychynęły ku nam niczym zjawy postacie powojennej walki z okupantem radzieckim i zdradziecką komuną. Byli to żołnierze Bartka, a ich dowódca z ukrycia wyszedł na nas w taki sposób, że spowodował realność tamtych czasów. Oprócz uzbrojenia, ekwipunku i umundurowania na jego lewej piersi wisiał ryngraf Matki Boskiej Częstochowskiej... Takie noszono na południu Polski. Na północy niezłomni nosili Matkę Boską Ostrobramską. To był taki swoisty wizerunek, symbol słów: Bóg Honor Ojczyzna, ale również gwarant dla napotkanych ludzi oraz odwiedzanych domostw, że z ich strony nic im nie grozi. Jedyne co chcieli, to ich i siebie ochraniać przed nowym okupantem i jego psami gończymi.

Tu w tym momencie wróciły do mnie jak bumerang wspomnienia z lat solidarności podziemnej i przypomnienie, jak wyglądało werbowanie do podziemia, jacy to byli ludzie. Kiedy mi zaproponowano przynależność do Solidarności podziemnej, z ciekawości zapytałem wtedy werbującego mnie Rybkę: „Dlaczego akurat ja?” Odpowiedział: „Przyglądam się Tobie od dłuższego czasu. Widzę, że często przyjmujesz Najświętszy Sakrament Ołtarza, że jesteś prawym człowiekiem, więc dobrze by było, gdyś nam pomógł w walce o Wolną Polskę”. Zgodziłem się, choć nie była to decyzja łatwa, przy świadomości, że narażam tym samym swoich bliskich. To tak na przypomnienie, kim byli ludzie Solidarności i kim byli ludzie z lasu.

To byli przeważnie przyjaciele przyjaciół. Tak wyglądała rekrutacja. A nie byłoby podziemia ani wolności polskiej, gdyby nie było hasła: Bóg Honor Ojczyzna. I nie byłoby Polski, gdyby nie było niezłomnej postawy Kościoła katolickiego, którego w taki ostentacyjny sposób dziś pozbawia się należytego miejsca w Historii Rzeczpospolitej Polskiej. Ludzie nominowani przez tzw. „Platformę Obywatelską” realizujący muzeum II wojny światowej, całkowicie pominęli martyrologię wiernych i duchowieństwa, a także jego zaangażowanie i determinizm w ratowaniu wielu istnień ludzkich… Myślę, że to nie przypadek, bo dziś ze specyficzną celebracją medialną rozgłasza się każdy indywidualny upadek danej jednostki, próbując zniechęcać i podważać misję Kościoła. Co ciekawe, czynią to ludzie, których moralność pozostawia wiele do życzenia. Tak... Co byście nie mówili i nie pisali o Kościele, to obiektywnie trzeba stwierdzić, że w czasach Solidarności odgrywał on zasadniczą rolę w organizacji oporu, goszcząc pod swoim dachem i w swoich świątyniach ludzi o różnych wyznaniach i o różnym światopoglądzie, którzy w podzięce dzisiaj na ten Kościół nikczemnie rzucają wszelakie kalumnie i pomijają jego zasługi... Nigdy nie zapomnę takich Kapłanów, jak: Władysław Palmowski, Kazimierz Jancarz http://jancarz.ipn.gov.pl/, Adolf Chojnacki http://mtrojnar.rzeszow.opoka.org.pl/ksieza_niezlomni/adolf_chojnacki/, Tadeusz Zalewski, opat Jacek Stożek… Zresztą... długa byłaby lista tych kapłanów, których należałoby wymienić z imienia i nazwiska... To takie swoiste refleksje po spotkaniu młodych ludzi, którzy nie zapomnieli o bohaterach. Mistyczne to doświadczenie, kiedy trzyma się w rękach broń z tamtych czasów.

Pożegnawszy się serdecznie, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy poza szlakiem w kierunku obranego celu. Las przypominał jesień, dominantą była buczyna. Gdzieniegdzie stała samotna, strzelista sosna. Kiedy wspinaliśmy się po błotnistym terenie, naszym oczom ukazały się kolejne sylwetki żołnierzy niezłomnych, tym razem żandarmerii dobrze umundurowanej i uzbrojonej. Wśród nich znów sanitariuszka i tym razem zamieniliśmy kilka zdań, wspominając tamte czasy. Chłopcy dobrze znali historię i jeden przez drugiego prześcigali się w opowiadaniu faktów. To dobrze, że są tacy młodzi ludzie, przy których człowiek czuje się bezpiecznie, patrząc z nadzieją w przyszłość. Serdecznym bratnim uściskiem pożegnaliśmy się. Ja, dojrzały świadek historii solidarnościowej, i Oni – pamiętający o bohaterach, z których każdy był jak ostatni Mohikanin... zdradzony, opuszczony, samotny, osaczony i niebywale zdeterminowany.

Te spotkania to miła niespodzianka... Jasne, gdybym pogrzebał mocniej w Internecie, przygotowując dzisiejszą wędrówkę, pewno natknąłbym się na informacje o II Rajdzie Górskim edukacyjno-historycznym szlakiem partyzantów oddziału „ŻANDARMERII”, ale pozbawiłabym się tego uczucia, które powstaje przy zaskoczeniu. W zasadzie cel dzisiejszej wędrówki całkowicie przysłoniły te dzisiejsze spotkania. Cofnął się czas... już inaczej śpiewały ptaki, inaczej szumiał las w konarach, inaczej wyglądały stare pochylone do ziemi domy pamiętające partyzantów, inaczej smakowała zupa w schronisku na Cyrli prezentującej dumnie dwa rumaki Toyoty... I zdobycie Zadnich Gór cieszyło inaczej. Znaki na szlaku też wyglądały inaczej. Inaczej krążyły myśli i inaczej wyglądały rozmowy z sanitariuszką łączącą dwa pokolenia. Tylko błoto ze śladami butów pozostało to samo.

Kiedy w następnym tygodniu wyruszyłem szlakiem czerwonym w kierunku Niemcowej, długo towarzyszył mi widok ruin zamku... Patrzyłem nań jakby z innej perspektywy, tak jak dziś ludzie inaczej patrzą na minioną historię. Przed Niemcową spotkałem misternie zbudowany drewniany dom z zabudowaniami gospodarczymi z 1937 roku i wiekowego gazdę, który siedział na ławie ze swym wiernym psem. Na sztachetach płotu wisiała tabliczka ostrzegawcza „Uwaga zły pies”, ale w tym gospodarstwie powinien raczej widnieć napis „Uwaga dziwna krowa”. Krowa, która oprócz tego, że dawała mleko, z którego gazda wyrabia najlepszy ser w okolicy, to również świetnie się bawiła z psem. A że z wyglądu przypominała byczka Fernando, to z lubością goniła przerażonych turystów po łące aż do czasu, gdy nie zabronił jej tego gospodarz, łagodnie nawołując ją, aby zaprzestała tych igraszek. Wtedy się zatrzymywała i wracając do przeżuwania, zerkała raz na gazdę, raz na przerażonych turystów, którzy dalej pędzili na łeb i szyję. W sumie może i miała rację... Co będą jej chodzili po jedzeniu.

Ale zanim o tym wszystkim się dowiedziałem i zobaczyłem to na własne oczęta, zagadnąłem przez sztachety w płocie do górala: „Jak się żyje?” A on zamyślił się i odparł: „Zleciało... nie wiadomo, kiedy zleciało życie…” i widząc we mnie bratnią duszę, dodał: „Wejdźcie tu do mnie, to napijecie się herbaty i sobie pogwarzymy.” Chętnie to uczyniłem, siadając na ławie z widokiem na polanę, która kończyła się ruinami szkoły i szumiącym wspomnieniami lasem. Góral żyjący bez prądu, czerpiący wodę z pobliskiego źródełka, snuł swoje opowieści jak to drzewiej bywało... Od czasu do czasu robił pauzy, abym mógł zapytać o coś jeszcze... Szczególnie poruszyło go pytanie: „A leśni przychodzili tu czasem?” Napłynęły mu łzy do oczu, jakby mocniej ścisnął kubek z herbatą i odparł: „W czasie wojny to tu była ruska partyzantka... Oni, panie, byli gorsi od Niemców i podał mi parę mrożących krew przykładów.

„Po wojnie były tu Niepodległościowce od księdza Gurgacza.
Pamiętam, że przychodzili tu, no tak, jak dziś Pan przyszedł, czasem na herbatę lub zjeść jakiś posiłek. Właśnie za to, żeśmy im nie odmówili gościny, kiedy miałem siedem lat, mój tatko został aresztowany przez UB i przez sześć lat siedział w więzieniu. Był tam okrutnie dręczony i torturowany, tak że jak wyszedł na „wolność”, już był innym chłopem, zarówno fizycznie jak i psychicznie, a na skutek odniesionych obrażeń zmarł przedwcześnie, tym samym podzielając również los więzionych swoich sąsiadów...
Bo to panie była niepotrzebna strata, przecież nie mieli żadnych szans na zwycięstwo... Chociaż wiem, że oni byli przekonani o nadchodzącej trzeciej wojnie światowej i potrzebie gotowości do niej.
Stało się jednak inaczej... Chcąc ujść z życiem, ulegli prowokacji UB. Zdradzeni wpadli w zasadzkę. Jedni, nie widząc szansy ucieczki, popełniali samobójstwo, inni zostali zabici w nierównej walce albo pojmani żywcem, a wszystko to miało miejsce na Słowacji.” Chcąc udowodnić prawdę swoich słów, przyniósł książkę dokumentującą tamte czasy, gdzie w jednym z rozdziałów była opisana droga męczeństwa jego Ojca.

Słuchałem z zapartym tchem jego opowieści... a myśl i analogia nasuwała mi się czasem. My w podziemiu solidarnościowym też byliśmy straceńcami i też mieliśmy nadzieję, że przyjdzie czas wyzwolenia na przekór logice, wydawałoby się. A jednak przyszła wolność, wprawdzie ta komusza i na ich warunkach, która i dziś jeszcze łeb podnosi, wyprowadzając między innymi żyjących jeszcze ubeckich siepaczy w czarnych protestach na ulice, niemogąca się pogodzić z porażką i robiąca to, co najlepiej potrafią, czyli dzielić ludzi...  Jednak na przekór  starzejących się i umierających oprawców, wychodzą z zaświatów kości poległych bohaterów miłujących wolność ponad swoje życie... Takich normalnych straceńców wolności. Czyli zachowali się jak trzeba.

Tymczasem słońce schowało się za ciemnymi chmurami, które groźnie pomrukiwały od czasu do czasu. Drobny deszcz niczym łzy pamięci kropił na nasze twarze. Zatem nie było co zwlekać. Chcąc dopiąć planów dnia dzisiejszego, czyli wyjść na Niemcową i odwiedzić leżące opodal schronisko, pożegnałem się z gazdą, ściskając mu prawicę i powiedziałem, że jestem rad ze spotkania takiego człowieka, który miał tak dzielnego ojca i obiecałem w drodze powrotnej wpaść jeszcze na pogawędkę.

Z tego miejsca na szczyt Niemcowej jest 15 minut, ale trzeba było się śpieszyć, bo niczym we wrześniu 1939 toczyła się swoista wojna na niebiosach... Czarne chmury od strony braci Słowaków i bratanków Węgrów, którzy zaprzedali duszę niemieckiemu diabłu, uderzały bez zapowiedzi na polskie pierzaste obłoki, skutkując tym manewrem wybuchy i błyskawice. Po drodze jeszcze pozdrowiłem trzy młode wiedźmy, które na ognisku składały jakąś ofiarę zaklętą w trzy kiełbasy na patyku. Pokłoniłem się Niemcowej i popędziłem do klimatycznej chatki pod nią, gdzie zawsze możesz liczyć na ciepłą herbatę z kubka, który sygnalizuje, że wielu już z niego piło przed Tobą.
Leniwie tu płynie czas, ale niebo nie pozwoliło na lenistwo, lecz stanowczo zachęcało do powrotu. Zaś ruszyłem z kopyta i niczym wiater górski już byłem przy tablicy upamiętniającej szkołę. W oddali po polanie majestatycznie przechadzał się gazda w towarzystwie dziwnej krasuli i psa Szarika. Już przy pierwszym spotkaniu wkradłem się w łaski tego drugiego. Otóż jego nos od dawna wiedział, że niosę pieczoną kurę w plecaku. Teraz przy drugim spotkaniu za zgodą gospodarza dostał pokaźny jej kawałek i nasza znajomość stała się bardziej zadzierzgnięta... Gorzej było z krową. Tej dalej chodziło o trawę i szukała tylko pretekstu, aby mnie zawadzić rogiem. Na szczęście stary gazda był bezpieczeństwa gwarantem. Mimo to zapytałem go o mleko od tej obywatelki, licząc, że po wypiciu go dostanę powera jak po napoju Galów. Góral stwierdził, że to nie pora na mleko, ale może mnie poczęstować dobrym serem, więc w czystej izbie – jak na samotnego mężczyznę – dobiliśmy targu, a ser rozpływał się niczym delicje w ustach. W surowej izbie, w której leżały patriotyczne książki, np. o księdzu Jerzym Popiełuszce, na łóżku siedział kolega Słowak i jeszcze przybyło dwóch młodych gazdów z żubrówką za pasem. Pożegnałem się z całym towarzystwem, które tymczasem wyraźnie szykowało się na pogodny sobotni wieczór. Zanim zszedłem do rumaka, który pod stacją PKP spokojnie się wypasał, zjadłem z moim kompanem podróży połowę sera i myślałem o słowie, które powinno łączyć i szukać porozumienia, a tymczasem dzieli w najlepsze... Z drugiej strony, łączy tam gdzie chcemy lub jesteśmy poniekąd zmuszeni dla wyższych celów, aby nas łączyło.

Ot, taka opowieść dwudniowa z Beskidu Sadeckiego samotnego rycerza, który niczym wilk bez stada wędruje i od czasu do czasu innych stad słucha lub je nawołuje.
Dziękuję za wspólną podróż.


<

piątek, 12 maja 2017

Wiedziałem


chmurko płynąca po błękicie
łabędziu biały
topisz się we mnie jak
wiosenny bałwanek
chmurko przysłoniłaś mi
widok kosmosu
odpływasz bo przecież
każdy z nas kiedyś odpłynie
przysłoń mi trochę słońca
przysłoń mi trochę jasnej myśli
unieś się i opadnij
zawadź o mój dach
zmieszaj się z jasnym
dymem z mego komina
zatańczmy scaleni walca
na błękicie nieba
przysłoń mi trochę słońca
przysłoń mi trochę jasnej myśli
odpływasz bo przecież
każdy z nas kiedyś odpłynie



piątek, 21 kwietnia 2017

Pustka


Patrzę na Ciebie zamkniętymi oczami
Rozmawiam z Tobą zamkniętymi ustami
Czytam Twoje wiersze zamkniętymi oczami
Całuję Twoje całe ciało
Centymetr po centymetrze
Ale nie dotykam
Patrzę na Ciebie zamkniętymi oczami
Rozmawiam z Tobą zamkniętymi ustami
Czytam Twoje wiersze zamkniętymi oczami
Całuję Twoje całe ciało
Centymetr po centymetrze
Ale nie dotykam
Śnię


piątek, 31 marca 2017

Kozy

Kozy są największą pod względem liczby ludności wsią w Polsce i właśnie z Kóz w Beskidzie Małym zaczynam podróż pełną refleksji i walki z Hydry głowami. Zaparkowawszy rosynanta VIII (rosynant VII poszedł na służbę w góry do górala, który zakochał się w jego czterokopytnym napędzie, natomiast nowego rumaka nabyłem od zacnego człowieka, więc też posiada swoją ciekawą historię.) Ruszyłem niebieskim (świeżość, przestrzeń, spokój) i żółtym (radość, ciepło, pewność siebie) szlakiem w kierunku Chrobaczej Łąki… Kiedy nałożysz na siebie te dwa kolory, otrzymujesz zieleń (spokój, harmonia, równowaga wewnętrzna, natura), którą o tej porze roku trudno wypatrzeć.

Mój wierny przyjaciel Sancho Pancho przytył lekko po zimie, więc jego koń pod pierwszym podejściem poprosił o przystanek. Kiedy mój druh zmieniał okulbaczenie swojego rumaka, moja okaryna rozmawiała z lasem. Miejsce było tak akustyczne, że spowodowało zatrzymanie ruchu turystycznego, do czasu aż umilkła ta swoista pieśń glinianego instrumentu z tutejszym drzewostanem. Zapadła cisza a wtedy turysta w dresie, nie chcąc przerywać magiczności tej chwili, zapytał nieśmiało: „Nie będziemy przeszkadzać jak przejdziemy?” A dziewczynka towarzysząca mu dodała: „Właśnie zastanawialiśmy się z tatą... Co to za ptak tak pięknie śpiewa? Nigdy nie słyszałam takiego dźwięku.” Radośnie powędrowali dalej wyraźnie ucieszeni, że spotkali prawie dwumetrowego ptaszka, który miał rzadkie upierzenie... Zaledwie jedno pióro w kapeluszu. Ja zaś słuchałem, co mówią drzewa kołysane wiatrem. Mówiły o schizofrenii współczesnego człowieka i o potrzebie ustanowieniu prawa do leczenia takich niebezpiecznych jednostek lub przynajmniej izolacji od innych istot. Powiem szczerze, że coś jest na rzeczy… Ostatnio spotkałem właściciela tartaku, który był zaniepokojony pozostawieniem wolności wyboru i decydowania o drzewach na własnej posesji. Przeczytałem wpis stolarza, który robi urocze meble i buduje domy z bali, że jest przeciw wycince drzew. W końcu zadziwia mnie postawa dzieci pewnej wrażliwej rzeźbiarki, która w drewnie od lat wykonuje swoje prace, a jej dzieci biegają i fotografują się przy każdym napotkanym ściętym drzewie w ramach protestów, a jakoś nie zauważają wszechogarniającego nas betonu pod wynajem, który wypiera wszelką zieleń w Królewskim mieście Kraków, stając się główną przyczyną smogu.
Od lat wędruję po polskich górach i dolinach, i muszę z przykrością stwierdzić, że w każdym rejonie naszego pięknego kraju od dawna towarzyszą mi dźwięki piły – obojętne, czy to park narodowy, czy własność prywatna… A później ta cisza i dźwięk upadającego drzewa… Niektórzy mieszkańcy Sudetów nawet za honor poczytują sobie to, aby każdy posiadał własną piłę i to dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Schizofrenia jest oczywista… Mówią drzewa: z jednej strony ludzie krzyczą, że wolność jest zabierana człowiekowi, a z drugiej, że trzeba ją ograniczyć… Byleby był powód do krzyku… jak ten mąż, który kazał żonie wejść pod stół… Jak weszła, kazał jej zaszczekać, a gdy to zrobiła, pobił ją z powodu, że na swojego szczekała.
A tak w ogóle to człowiek powinien uczyć się od drzew, które rozsiewają po całej ziemi swe nasiona. Nieraz pomagają im w tym ptaki czy inne istoty, i w ten sposób jeden przy drugim rosną, korzystając z dobrodziejstwa ziemi i wiedząc, że w kupie raźniej. Osłaniają się w ten sposób od burz i wiatrów dziejów, które najłatwiej wywracają samotne drzewa. Czyli jednak bez prawa lub w bezprawiu giną zawsze niewinni, a potem oprawcy. Schizofrenicy cechują się tym, że ich wrażliwość została skierowana na manowce lub w las i dopiero, gdy ten las ginie, zauważają czasem nienormalny stan. Dlatego ja jestem za prawną ochroną życia a regulować to możecie sobie brwi lub zegarek. To takie odcięcie pierwszej głowy Hydrze.


Zaczęliśmy się dalej wspinać a znaki wskazywały nam drogę do celu. Bo nie ma sensu podróżować bez celu. A szlak ktoś wcześniej wytyczył jako swoisty autorytet (chyba że sam chcesz znaleźć nową drogę do celu). Autorytet, którego tak bardzo brakuje we współczesnym świecie i właśnie teraz staję przed flagami na wietrze i ta ukochana twarz Jana Pawła II, na przywitanie której z potrzeby serca wylegały miliony ludzi na place, ulice i wsłuchiwały się w jego słowo. Chcieli choćby przez chwilę przebywać w jego obecności… Masowo podróżowali daleko do Watykanu, aby tam na prywatnej audiencji dostać niewielki kawałek niezwykłej mocy, którą on posiadał. Podróżowali ubodzy, zamożni, mędrcy i władcy tego świata. Nawet „nasz” Olek wepchał się do Papamobile, aby go Papież przewiózł po lotnisku… Ponoć był trzeźwy, ale robił to bardziej dla sondaży niż dla wiary. Pamiętam jak znana dziennikarka TVN-u biła się na Wawelu jak stara babka w tramwaju z innymi dziennikarzami o to, aby usiąść jako pierwsza na fotelu, na którym przed chwilą siedział Ojciec Święty. Dlaczego tak czyniła – nie wiem, ale chyba chodziło jej o to, aby posiąść niewielką część mocy i mądrości, która miała zapewne z ciepłego jeszcze siedzenia powędrować przez jej siedzenie do całego organizmu, a szczególnie do głowy… Jak widać, nie dotarła do dnia dzisiejszego. Tak było. Później z troską widzieliśmy jak JPII gaśnie… Tylko te oczy dalej były pełne energii i miłości. Odszedł… jednak pozostał… Żyje nie tylko w tych, którzy go kochają i celebrują pamięć o nim, ale również w tych, którzy go nienawidzą za jego postawę niezłomną, pełną mądrości, miłości, świętości, dobroci, skromności, miłosierdzia… Jest dalej dla nich wyrzutem sumienia, dlatego tak na niego plują. Ale wiatr Ducha Świętego tak zawiewa, że te plwociny wracają z powrotem na twarze plujących. Oglądałem ostatnio program TVP 1 „Warto rozmawiać”, gdzie występował jakiś facio z „Nowoczesnej” o fryzurze podobnej do mopa, który powtarzał jak mantrę, „ dlaczego boicie się nagości?” Czy ten człowiek czytał słowa pozostawione przez JPII w małej książeczce pt. „Fenomen wstydu” lub książki „Miłość i odpowiedzialność” „Osoba i czyn” czy „Przed sklepem jubilera”… wątpię. Drogi panie o fryzurze jw. – mylisz waść piękno ciała z wyuzdaniem, wulgaryzmem i brakiem intymności, a jak znajdziemy się w raju, to zapewne będziemy wszyscy szczęśliwi i nadzy. Dlatego tak bardzo odpychają mnie takie organizacje jak: KOD, PO, Nowoczesna, SLD czy nawet PSL, które od czasu Mikołajczyka nie może znaleźć swojej agrarnej tożsamości i swoich chrześcijańskich korzeni, dryfując politycznie niczym kurtyzana oddająca się dla bieżących korzyści… Wszyscy oni są bez wyrazu, bezpłciowi itd., a ich członkom, którzy dali się zwieść przez złego na manowce, wybacz Panie…, bo nie wiedzą, co czynią. Wybacz i mnie Panie spoglądającemu spod kapelusza w Twoje miłosierne oczy, że nie jestem jeszcze gotów powrócić na Twoją świętą drogę i nie wstępuję w twe rycerskie hufce…, jakoś wolę jeszcze trochę postać z boku niczym samotny wojownik, który nie namawia innych do złego, nawet jeśli sam ma kłopoty … Rycerz, który za walkę o prawdę i Ciebie jest dalej gotów oddać swoje życie. I tak jednym cięciem odciąłem Hydrze kolejną głowę.

Pokłoniłem się kapliczce, która stoi tu na rozstaju szlaków (czerwonym - witalność, aktywność, czarnym - pewność siebie, tajemniczość, żółtym - jw.) i Matce Bożej obwieszonej różańcami niczym naszą modlitwą… A może te różańce to nasze grzechy… Mam nadzieję, że nie zostały tu porzucone przez wiernych, którzy uciekli gdzie pieprz rośnie przed komuchami i innymi dziwakami. „Nie lękajcie się”, wszak oprawca Kiszczak ku zdziwieniu swoich towarzyszy przed śmiercią poprosił o spowiednika… Ot, taka sobie liberalna, komusza schizofrenia. Ruszamy dalej… za nami kapliczce pokłonił się kolejny turysta, który pozdrowiwszy nas słowem „dzień dobry”, zaczął swoje rozważania przed krzyżem.

Idziemy dalej żółtym i czerwonym szlakiem w ciszy wiatru, bo niby o czym rozmawiać w takiej chwili. Po drodze źródełko Maryi i docieramy do wielkiej metalowej instalacji przypominającej krzyż ze swoistym podestem widokowym - sceną życia… Widziałem różne krzyże na wzniesieniach, mniej i bardziej praktyczne, nawet takie, które służą jako wieże widokowe, azymut lub mają przeznaczenie liturgiczne… Myślę, że właśnie one są jakimś symbolicznym wyznaniem, jakąś potrzebą serca, a czasem ściągają na siebie wyładowania atmosferyczne jak Chrystus cierpienie… tym samym ocalając inne istnienia… ludzi, zwierzęta, lasy. Sam osobiście dwukrotnie miałem okazję spojrzeć w kuliste oczy pioruna. Raz w Beskidzie Wyspowym, gdy owa moc roztrzaskała niczym zapałkę olbrzymią sosnę, a ziemia się zamieniła w moc energii. Niewiele brakowało, aby przeskoczyła na mnie…, po czym zniknęła pod mchem i paprociami, a mnie pozostał tylko dzwonek w uszach… Drugi raz w Beskidzie Sądeckim. I tam ocalił mnie Pan Przypadek, Pan Szczęście lub jego Anioł nadstawił tarczę. Tak przebywanie w pobliżu krzyża w czasie burzy może skończy się tragicznie, czasem… tu przychodzi mi namyśl student ostatniego roku Architektury Krakowskiej, który w Bieszczadach wychodząc na Smerka, uniósł ręce do góry w geście triumfu zdobywcy i w tym samym momencie trafił go grom z jasnego nieba przeskakując nań z krzyża… Gdy go znoszono do Wetliny, jeszcze żył, ale za chwilę wyzionął ducha i teraz żyje w naszych wspomnieniach… czasem. Wielkie krzyże…, ale myślę, że najtrudniejsze są te codzienne, małe… krzyże troski, walki i cierpienia.

Ach, tyle myśli na widok jednego metalowego krzyża z podestem widokowym na Kozy, gdzie po drodze nie spotkałem żadnej kozy. Schodzimy na posiłek do schroniska. Na drzwiach miłe witające obwieszczenie, ale drzwi zamknięte… Dziwne... jakby ktoś mówił – proszę wejść, drzwi zamknięte.
Zerkam przez szybę na wystrój bożonarodzeniowy na stołach i naczyniach oraz na porzucone rzeczy… Na szybie napisał ktoś telefon kontaktowy, ale nie dzwonię… Zjemy posiłek na podeście pod krzyżem.

Korzystając z odpoczynku, łączę się ze światem wirtualnym, aby dowiedzieć się o przyczynach niegościnności schroniska, bo tego dnia wielu turystów pocałowało klamkę. Informacje są przykre. Mówią, że schronisko spłonęło w okresie karnawału, a więc od frontu wydawało się normalne, ale noclegownia i tył budynku pożar spenetrował dokładnie. Zupełnie jak z ludźmi… na pierwszy rzut oka normalny, a co się dzieje w środku lub co się stało w środku, to już inne sprawa.
Drogę powrotną zaplanowałem poza szlakiem aż do samego kamieniołomu.

Jakież było moje zdziwienie, że na drzewach towarzyszyły mi małe żółte papieskie krzyże niczym drogowskazy w tych dzikich ostępach pełnych niewydeptanych ścieżek. Czyli szedł tędy… pewno nie jak ja dzisiaj w dół, tylko do góry… Może samotnie lub z młodzieżą, rozmawiając na różne ważne tematy… Może nawet za nim podążał ubecki ogon, ledwo dysząc i sapiąc z powodu tak stromego podejścia. Tu mi jakoś przyszły na myśl te marsze przetaczające się przez Polskę… Te „za” i te „przeciw”, pełne pogrobowców niepodległościowych, ale i ubeków, komuchów oraz ich popleczników. To stałe ścieranie się dobra ze złem. Dziwni są ci, co się nie sprawdzili… Można powiedzieć, że głupsi od bakterii, bo one w przeciwieństwie do nich wiedzą, że się dba o organizm, na którym się pasożytuje. Więc próżne wasze lamenty, kwiki i płacze. Gdybyście dobrze zarządzali krajem, to Naród nie oddałby w inne ręce władzy… I tak obcinam kolejny łeb potworowi.


Teraz slalomem na łeb na szyję, między dominującą tu buczyną docieramy do nieczynnego kamieniołomu w Kozach.
Kiedyś to wyrobisko skalne tętniło życiem, pełne wszelakich sprzętów, ludzi i kolejki linowej.
Porzucono go, bo kruszywo zostało wydobyte, a to, które pozostało, było złej jakości i przestało być pożądanym surowcem.
Dziś wygląda to tak jakby ktoś wielkiej górze wypruł wnętrzności na wierzch, a ona zanim zmarła, to uroniła wielką łzę, która u podnóża jej utworzyła szafirowy stawek. Teraz jeszcze w lwiej części zamarznięty powoli odsłania swoje wody dla spragnionego kąpieli ptactwa. Smętnie unosi się dym z grilla, a gdzieniegdzie po półkach skalnych spacerują zakochane pary niczym zwiastuny wiosny… Swym zachowaniem powodują, że powoli wyżynają się wierzbowe kotki.

Kiedyś stojąc na „podeście widokowym” przy schronisku Zawoja Opaczne, zerkałem na Babią Górę i przeszła mi takowa myśl… Ciekawe, czy człowiek w poszukiwaniu surowców zniszczy ją, a może nawet Tatry. Tak jak Kulczyk zniszczył Kujawy… Pozostały jeno doły, hałdy piachu i kurzu przenoszonego wiatrem. Kurz wpadający w oczy wywołuje niechcianą łzę, w której możesz ujrzeć wspomnienie Kujaw pełnych fauny i flory… Sprzedanych za srebrniki, których nikt ze sobą nie zabierze na drugą stronę… Człowiek według dewizy „po nas choćby potop”.


I tak na końcu trasy znów spotkałem Hydrę, której odrosły ponownie wszystkie głowy.

Cóż, nie wypaliłem ran, więc odrosły… Taki ten szlak ogniowy… bo kiedyś strawił ogień zabudowania kamieniołomu w Kozach, później schronisko na Chrobaczej Łące, a dziś może gdzieś zapłonęło czyjeś serce lub zgasło – i nie wie o tym.

Dziękuję za wspólną drogę i nie gniewajcie się moi drodzy, jeśli trafił Was jakiś słowny rykoszet.

A co do pożaru, to zacytuję taką anegdotę, która rozbawiła mnie do łez… ale i srodze się zadumałem po niej.
Anegdota opowiedziana lata temu przez pana Gustawa Holoubka…

„W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na scenie nie wolno było palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział: "Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić". A Kalina, jak to Kalina, z wdziękiem odparła: "Odpierdol się, strażaku". On strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Rylska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej: "Ja też potrafię przeklinać, ty kurwo stara". Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do strażaka i powiedział: "A pan jest chuj". Ale to był już inny strażak”.

Suplement: Świadomie w tekście używam nazwy Chrobacza Łąka ponieważ pisana nazwa jako Hrobacza jest pisownią zapożyczoną z obcego języka. Autor