wtorek, 20 października 2015

OŚWIADCZAM UROCZYŚCIE

I tura

 Róbcie co chcecie

Ja robię tak...


OŚWIADCZAM UROCZYŚCIE


Wstawszy dzisiaj rano - godzina 7:10
wziąwszy kąpiel wanienną
uprzednio dolawszy zioła wszelakie,
które parując rozumu dodają
umywszy paszczę co by z niej nie capiło
ogoliwszy się i uregulowawszy wąsy oraz brodę

aby dodać sobie dostojeństwa,
łyknąwszy kieliszek mojej okowitki
co jak wiadomo myśli ku głowie i rozumowi unosi…
Uroczyście oświadczam co następuje:
iż głosuję na Pana, Panie Duda, jako na mojego Namiestnika i Króla et caetera, et caetera…
Ale też miej Waść świadomość iż mój głos jest dla Ciebie zadany
a nie dany na wieczność.
Jeżeli nie będziesz się troszczył o Moją Ojczyznę należycie
jeżeli nie będziesz dbał o Wiarę Ojców Naszych (jednocześnie musisz pozwolić żyć godnie w moim kraju wszelakim odmieńcom)
jeżeli będziesz Pan reprezentował interes jednej partyji
lub nie daj cię Panie Boże jednej racyji…
no chyba że to racja stanu
lub będziesz słuchał podszeptów złych ludzi
a moim dzieciom i wnukom
z którymi wczoraj hasałem po łące dmuchając dmuchawce
tłumacząc jak te swoiste wojska desantowe
przenoszą na swych spadochronach nasionka życia
aby na tej łące wiosną następnego roku znów zaroiło się żółtym kwieciem…
Jeśli dziatwie naszej nie ułatwisz Pan życia
aby nie musiała szukać miłości do Ojczyzny w innej ojczyźnie…
Lub tak jak Twój poprzednik a obecnie panujący będziesz miał Naród Swój w czarnej dupie
to sam pójdę na czele pochodu z innymi zacnymi Polakami by Cię z tronu obalić.

Bóg mi świadkiem, że Tak uczynię, bo mam już dość plugawej władzy.
AMEN



II Tura

Dziś dopiszę te słowa…

Jeżeli chłopcze zostaniesz prezydentem… to od niedzieli będę Ci mówił Panie Prezydencie.
Będziesz moim wodzem.
Pamiętaj Twój pontyfikat będzie trudny… to nie będzie zwycięstwo lecz zadanie.
Nie wchodzisz do Belwederu, lecz do jaskini hydry.
Zwyciężysz wtedy, gdy spowodujesz , że Polacy będą się do siebie na ulicach uśmiechali
a życzliwość będzie powszechna.
W tym zadaniu będą Ci przeszkadzać agenci obcych państw, w których interesie jest niestabilna Polska, skłócona , słaba ekonomicznie , zniszczona moralnie.
Może też się tak zdarzyć, że będą Cię chcieli pozbawić życia lub kogoś z Twoich bliskich.
Mogą być też prowokacje, próby destabilizacji kraju , włącznie z atakami terrorystycznymi.
Masz prawie wszystkie media przeciwko sobie… włodarzami ich są ludzie, którzy niekoniecznie są Polakami i miłośnikami naszego narodu.
Bądź ponad to wszystko. Powołaj radę starców… w stosunkach międzynarodowych postępuj jak saper na polu minowym.
To, że dziś żyjemy w pokoju mając prawie wszystkich sąsiadów jako przyjaciół… to nie oznacza, że tak będzie zawsze.
Jako Adwokat dobrze wiesz, co to intercyza i wiesz jak potrafią się ludzie nienawidzić… ci co tak niedawno się gorąco miłowali… a co dopiero narody, napiszę za Janem Sztaudyngerem ” Mądry nawet tej nie wierzy, z którą aktualnie leży”. (taki żarcik) :)
Słuchaj głosu narodu, obniż podatki i zus… do takiego poziomu, aby każdemu opłacało się prowadzić działalność gospodarczą… na obrocie zyska całe państwo i skarbonka się zacznie napełniać… wiele by tu pisać co masz jeszcze uczynić aby było normalnie.
Kochaj Nas a my odwzajemnimy Ci Miłością… zobacz, jak potrafimy się cieszyć z sukcesów naszych sportowców jacy jesteśmy wtedy jedno.
Nie wtrącaj nam się do życia codziennego ni do alkowy.
Bądź naszym sukcesem, szczęściem naszym… Polska potrzebuje AUTORYTETU.
Uwierz w siebie i w nas… połamanych, zagubionych, rozsianych po całym świecie… acz prawych, walecznych i dobrego serca.
A wtedy Ja jako szpakowaty szlachcic zagrodowy
ślubuję Ci wierność, oddanie a w razie potrzeby dobrą radę
Tak mi dopomóż Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci.
Zaś w razie potrzeby moja stara pierś może Cię osłonić przed ciosami nieprzyjaciół Naszych.
Wierz mi… jakby to było onegdaj gdym wygrywał niejedno przednie wino
w zawodach strzeleckich… a i namawiano mnie do służy w BOR-e jeno kiem się już prawie zdeklarował na intratne warunki podszedł ku mnie oficjer rangi pułkownika, niewielkiego wzrostu i powiedział:
- wasześć mi się podoba i rycerskość wasześci mi się spodobała, jeno mówię Waści zanichajcie tej decyzyji … psem będziecie na gwizdnięcie a jeżeli będziecie widzieli za wiele to zginiecie w niewyjaśnionych okolicznościach lub w wypadku albo rzekomo popełnicie samobójstwo.
Tom usłuchał dobrych rad mości pułkownika, zabrawszy tobołek powróciłem ze Stolycy do ukochanego Krakówka… choć i tu nieraz w czasach Solidarności śmierci zaglądałem w oczy… prawdę prawię, bośmy dyć z przyszłym Panem Prezydentem ziomale… przecie.

Po II turze

Ja Szlachcic rodowy herbu Zadora
ślubuję Ci oddanie i posłuszeństwo.
Panie Prezydencie Rzeczypospolitej
wygraliśmy tę bitwę z przeważającymi
siłami wroga ale wojna nadal trwa...
Pozwól u Twojego boku wywalczyć jeszcze
Pokój, Szczęście, Dobrobyt dla Naszej Ojczyzny.

Z wyrazami poddaństwa.




poniedziałek, 28 września 2015

Właśnie teraz zadzwonił telefon,
Moja kochana psina odeszła na zielone pastwiska Pana.
Nie było mnie przy niej, lecz nie była sama.
Tak jak nagle się pojawiła w naszym życiu… tak nagle zniknęła.
Może zabiły ją te upały, że nie poczekała na swego Pana.
Może dlatego nasi czworonożni przyjaciele zostali nam zadani…
aby każde ich odejście przypominało nam, jaki jest krótki i nasz żywot.
Daremne nasze puszenie, pohukiwanie, pokazywanie, ile to się rozumu nie zjadło, jaki to się ma majątek, et caetera, et caetera.
Nasza bezradność wobec poczęcia czegokolwiek i odejścia czegokolwiek jest porażająca.
Przenosimy zaledwie cudze życie lub jesteśmy bezwiednymi świadkami powstającego życia.
Nic ponadto…
Rzeczy, którymi się otaczamy to tylko zimne przedmioty,
dla których potrafimy niszczyć to, co żyje obok i w nas.
Kochana Funiu, może te słowa chciałaś przekazać nam…
Bo jakby Ciebie nie było to i tych myśli by nie było w nas.
Każde odejście to tak naprawdę lament nad samym sobą…
Jak mi teraz będzie brakowało Twojej radości powitania,
Twojego stróżowania, warowania i powitania dnia przy mojej głowie,
sprawdzania, czy Twój ukochany pan się żyw obudzi.
Będzie mi brakowało Twojej rozmowy… całą sobą
a nade wszystko dotyku i odpowiedzialności za Ciebie.
Byłaś szalona, czuła, delikatna i mądra… żegnaj Przyjaciółko moja.
PS. W piękny dzień odwołał Cię Pan wszystkich nas… bo wszystko, co żyje, ma swojego Pana... którego jedno z imion to Przyczyna.



środa, 8 lipca 2015

"Jeszcze Polska nie zginęła"

Ja stary grzesznik i stary heretyk
et caetera, et caetera…
Jestem goszczony w domu
na wskroś POLSKIM
na wskroś KATOLICKIM
Gdzie przybysz witany jest
naręczem świeżych kwiatów
Gdzie kukułka o świcie
wylicza mi ile jeszcze lat pożyję
Budzik koguci pieje o należytej porze
a kanarki odmawiają poranną Koronkę
Anielską Ku Czci Trójcy Przenajświętszej
Gdzie bohater ze Służewca
bez siodła dożywa sędziwego wieku
a ganaszuje się tylko z własnej nieprzymuszonej woli
Gdzie fałszywy lis wykrada zielononóżki
a gęsi szczypią jak dawniej
Gdy zaś zapada zmrok
koty swą mantrą utulają mnie do snu
jakby mówiły za mnie pacierze
Aniele Boży Stróżu mój…
Jestem tu gdzie miłość domowników nie jest
rozmieniana na drobne
a Dwór dostaje szansę na drugie życie
Na cmentarzu zaś krzyż Powstańców Styczniowych
woła do niebios.. o pamięć
a w kącie pokoju szabla i karabin czekają na znak.
Tam gdzie jest dobro… tam jest namiastka nieba.





niedziela, 28 czerwca 2015

Fenomen wstydu

Dziś na liściach mojej wiśni
deszcz grał najpiękniejszą
melodię miłości
stukał niczym w blaszane bębenki
a światło przeźroczystości
spływało kryształową miłością
na owoce które tak
niewinnie się rumienią
jak ten pierwszy rumieniec
którym obdarowałaś mnie
rumieniec miłości
jaką czuję do Ciebie wiśnio.




czwartek, 4 czerwca 2015

Moja procesja

Idą w niej ludzie
stworzenia, rzeczy.
Historia Polski i świata
Dziadkowie jakby we mgle
Rodzice z chęcią opieki
i własnym zagubieniem.
Rodzeństwo, którego się nie wybiera…
jeżeli cokolwiek się wybiera.
Wujostwo ze swoimi potomkami.
Nauczyciele, którym zabrakło
wiedzy i odwagi w kochaniu dzieci.
Tyle barw dookoła.
Śmiejący się i ci płaczący.
A wszyscy oni od czasu do czasu,
klękają przed tym, co ich przerasta.
Ołtarze czasu, narodzin, śmierci
wojny, pokoju, utraty, zysku.
I obrzędowość niezintegrowana.
Deszcz, po którym rosną grzyby,
ale nie autorytety.
Kółko metalowe z haczykiem.
Wyliczanka i praca zespołowa.
Kłótnia ciała z duchem.
I ślad Stwórcy w każdym z nas.
Moje dłonie splecione tak bardzo
z tymi, których kocham,
że gotowe nienawidzić.
I marzenia, kim zostanę
gdy będę dorosły,
a dorosłość ciągle nieosiągalna.
I zwierzaki napotkane,
każde z innym charakterkiem.
Przyjaźnie potrzebne niczym lustro.
Wszystko to to kostka Rubika
z tą różnicą, że nie tak łatwa do ułożenia.
I kredowy napis na bruku… Kocham Was
przyczepiający się do podeszwy przechodnia.
Idą wszyscy ci, co tęsknią za mną,
dobrze lub źle.
W procesji bożych ciał.

DIW
AD 2012





czwartek, 21 maja 2015

Samotność ludzi wśród ludzi

Wychodzę z domu… przez okno żegna mnie obficie kwitnąca wiśnia i dywan z mniszka lekarskiego; gdzieniegdzie pojawiają się niezapominajki… skromne i piękne jak Ty. Zakładam plecak, ubieram kapelusz pełen Bielikowych piór, aby mnie poniosły na Police… górę, która ukrywa tajemnice śmierci i ocalenia. Pewnej zimowej wiosny… jak dziś… śnieg topniejący miał kolor krwi, spływając po zboczach do jej podnóży, gdzie kaczeńce dziwiły się temu zjawisku. Rosynant, wierny druh obiecuje czekać na mnie w Suchej Górze. Stamtąd rozpoczynam dzisiejszą wędrówkę, a unosząc wzrok ku wybrance truchleje, gdyż ona cała w śmiertelnej bieli… a gdy otworzyłem szafę ze sprzętem, ktoś mi szeptał… weź raki i pokrowiec na plecak… zbagatelizowałem ten głos… będę miał za swoje. Zwiodła mnie ta wiosna Krakowska. Trudno, za niesłuchanie głosu wewnętrznego sam człowiek ponosi konsekwencje… to chyba największa nasza kara. Dziś jestem trochę za drogowskaz dla tych co pytają o drogę, niestosownie ubrani jak na panujące warunki. Gdy byłem młodszy ten szlak był miłym spacerkiem, dzisiaj idę jakbym niósł na sobie wszystkie dni swojego życia.


Plany tej niedzieli mam wypełnione co do joty. Wysyłam gołębie z wiadomością do bliskich, że dotarłem i że idę, przyjdę i wrócę. Wyłączam komórkę w celach oszczędności baterii, ponieważ jak szuka sieci to bardzo szybko się wyczerpuje, a może się zdarzyć, że będzie potrzebna do wzywania pomocy… tego w górach nigdy nie można wykluczyć. Siadam pod strzelistą sosną,  u jej boku sosnowe dziecię rośnie, wprawdzie z tego samego materiału genetycznego, jednak odmiennym życiem żyje, a rodzic niewiele może mu pomóc, oprócz osłaniania go przed halnym, który zresztą jemu bardziej zagraża.  Napotkany pień płacze żywicznymi perłami. Wędruje w górę ku niebu. Szata roślinna czym wyżej, tym bardziej skromna, uboga.
Zupełnie jak człowiek… Czym bliżej Stwórcy tym bardziej skromny, ubogi.

Zawracający pytacze parkingowi z małym pieskiem przyznają się, że warunki na szlaku są ponad ich siły… dobrze, rozsądek w górach jest niezbędny;  uśmiecham się do nich ze zrozumieniem i życzę miłego dnia… chyba tak się buduje autorytet górski. Następny piechur z czworonożnym przyjacielem pozdrawia mnie pędząc niczym w zaprzęgu… zamieniamy kilka zdań… ja się nie śpieszę, tyle jeszcze myśli do przemyślenia, tyle jeszcze słów we mnie do usłyszenia, ciekawe… kiedyś się chodziło na szlaki z dziećmi… widocznie obecnie wyż demograficzny przesunął się w innym kierunku. Po kamienistej drodze wartko płynie woda pośniegowa, przynosząc mi szczęśliwą monetę, orzełkiem do góry… orzełek z czasów gdy mu zabrano koronę. To stok północny, więc po kilkuset metrach napotykam coraz głębsze łaty śnieżne  i rowerzystów niosących swoje rowery… trochę odpalili za wcześnie, zadając mi osiołkowe pytanie

–Daleko jeszcze jest ten śnieg?

Odpowiadam życzliwie ;):

-Sto metrów z hakiem… (chociaż wiem, że hak ma około 500m(taki chwyt marketingowy)).

Zapadając się do kolan docieram do Hali Krupowej, mam ochotę pójść do bacówki na szarlotkę, lecz zwycięża duch  walki, wszak idę dziś nie tylko w swoim imieniu, najpierw cel, potem przyjemność.

Śnieg coraz głębszy, brudny z igliwia, słońce przygrzewa, więc przez podwinięte nogawki dostaje się do butów. Dzięki temu wyobrażam sobie, jak wtedy w ten dzień kwietniowy, brnęli w metrowych zaspach ratownicy górscy, z nadzieją, że z katastrofy może ktoś ocalał. Takie mając motto: "... iść na ratunek - to znaczy wyczerpać wszystkie możliwości, to znaczy nie odstąpić nie tylko wtedy, kiedy jest nadzieja, ale nawet wtedy, gdy istnieje choćby cień cienia nadziei." (ze wstępu do "Sygnałów ze skalnych ścian").

To co ujrzeli przerosło ich wyobrażenie.

A obraz pozostał do dziś dnia jako nocna mara i jak wspomina jeden z ratowników:

- Tego co ujrzałem nie da się opisać. Podając za Gazetą Krakowską: „Pierwsi ratownicy dotarli na miejsce katastrofy koło godz. 20. Widok był porażający. Rozerwane kawałki zwłok 53 ludzi rozsiane na przestrzeni kilkuset metrów kwadratowych, zwisały z drzew, były wbite w szczątki samolotu. Prawie wszystkie ofiary miały porozrywane brzuchy, niektóre zostały wprost przecięte w pasie”  Ci, co zginęli, pozostawili wszystko co mieli, ukochanych bliskich, zwierzaki, przedmioty i plany na resztę życia.



Tak jak wtedy i teraz rumowisko drzew leżało nad moją głową… usiadłem na jednym z nich aby odpocząć, a ku mnie przybył Frodo - młody pies skory do zabawy ale również pełen odpowiedzialności za stado, które prowadził. Ostatni odcinek do Policy spędziłem w jego towarzystwie. Gdy wyszedłem na szczyt zobaczyłem wielu turystów spoczywających z twarzami skierowanymi ku słońcu, które tego dnia przynajmniej do tej pory nie żałowało promieni… pomyślałem, to musiał być ostatni widok zamykających się powiek na wieczność… widok ośnieżonej Babiej Góry i Perci Akademickiej.

Podszedłem do skromnego krzyża, w który są wkomponowane fragmenty tamtego samolotu (brakuje mi tu przynajmniej małej wiaty aby można było usiąść zadumać się, zapłakać)… myślami ogarniając wszystkich tych, których to spotkało.

"Do dzisiaj tajemnica tragicznego lotu An-24 nie została wyjaśniona. Nie wiadomo dlaczego samolot zboczył z kursu, co widzieli kontrolerzy na radarze myśląc, że to naprowadzany An-24? Do dzisiaj są zwolennicy kilku hipotez takich, jak m.in. próba porwania samolotu i ucieczka do Austrii (wówczas badała to także Służba Bezpieczeństwa), zestrzelenie samolotu przez czechosłowackie WOPK, błąd obsługi naziemnej lotniska Kraków - Balice, która obserwowała samolot Li-2 (lecący przed SP-LTF) i podawała dane, na których oparli się piloci AN-24. Ogólny wniosek wynikający z analizy materiałów dotyczących naszych polskich katastrof lotniczych brzmiałby mniej więcej tak, że im dłużej władza ukrywa fakty, tym więcej z czasem powstaje niedomówień, teorii spiskowych i społecznej złości. Jak podawał autor artykułu w "Tygodniku Podhalańskim" bez odpowiedzi pozostały tak kluczowe pytania, jak m.in. dlaczego samolot zboczył z kursu, dlaczego na pokładzie samolotu było więcej pasażerów niż według danych z oficjalnej listy, dlaczego zwłoki ofiar w trumnach były pilnowane przez wojsko do momentu pogrzebu."(www.wiadomosci24.pl)

 Żegnam się z Frodo… z jego panem i panią… chodź zdaje sobie sprawę, że sam nie jestem panem samego siebie… ani swojego losu… a co dopiero innej istoty.

Wracam, bo jeszcze przede mną trud szlaku, szarlotka w bacówce  i spotkanie ze świadkiem tamtych wydarzeń, który z tęsknoty za swoimi przyjaciółmi zaszył się w tej okolicy.

Dziś spotykam jeszcze jednego lotnika, który zginął w  niewyjaśnionych okolicznościach. (Jak wiecie mam pierwszy stopień ornitologiczny… to znaczy odróżniam w locie krowę od ptaka), Czemu jastrząb znalazł się  na ziemi gdzie został pożarty… nie wiem, może zderzył się z samolotem, motolotniarzem, został zestrzelony przez myśliwego RP, napotkał na swojej drodze Drona lub wyhaczył we mgle o brzozę. Zostały ślady krwi, dużo piór i śmiertelne odchody… musiał mieć przez śmiercią świadomość , ze umiera. Schylam się po najpiękniejsze z nich, widać że końcówki są odgryzione, wsadzam je z pietyzmem relikwii do przegrody plecaka i udaję się do bacówki. Od Tatr nadciągają chmury… szarlotki dla Włóczykija zabrakło wiec zjem jej namiastkę… zamawiam jajecznicę i gorącą herbatę, włączam komórkę, odbieram połączenia z tymi co się o mnie martwią… przed wyjściem wkładam pióra Jastrzębia do kapelusza, jest ich tyle… teraz trochę wyglądam jak wódz indiański Pierdzący Bizon… to chyba po tej jajecznicy, nic dziwnego, że na przełęczy napotkane dziecię pyta rodziców:

 – A kto to? -... zapada cisza wyczekiwania wśród dużej grupy dzieci i dorosłych (cztery duże samochody terenowe).

Przedstawiam się dziecku z imienia, które posiada pewien znany polityk… lecz zaraz dodaję:

-Ale nie nazywam się….. (w tym miejscu wymieniam nazwisko w/w polityka).

Pada salwa śmiechu dorosłych… czyli PSL nie jest tak lubiane jak samo sądzi.

Dziecko zagubione, ma pytający wzrok, wiec mama dziecka podsuwa jej odpowiedź:

-To jest góral córuniu, prawdziwy góral.

A ojciec z dumą wyraża swoje zdanie:

-Nasza córka ma łatwość  nawiązywania kontaktów.

Kłaniam się nisko unosząc kapelusz i wykonując nim szarmancki ruch ku ziemi, życzę im miłego dnia. Odpowiadają chórem:

-Wzajemnie Panu.

Jeszcze Okrąglica prosi mnie:

- Czy, drogi włóczykiju, nie mógłbyś mnie jeszcze dziś zdobyć?

Lecz głos wewnętrzny mówi mi:

- Nie rób dziś tego, niech poczeka... - umiejętność czekania to wszak cnota, więc zdobędę ją za tydzień, chodź dziś jest na wyciągniecie ręki.

Czas nagli, więc ruszam ku Rosynantowi… po drodze wyrzucałem sobie, mogłem dzieciom powiedzieć, że zowią mnie Włóczykijem…miałyby co opowiadać w przedszkolu.

Sancho Pansa dzisiaj taki cichy, jakby go wcale nie było, a przecież dzielnie podąża ze mną jakoby mój cień.

Dopada mnie rzęsisty deszcz; chowam sprzęty głęboko do plecaka.

Muszę uważać pod nogi, bo na pożegnanie gromadnie wyszły na drogę nieporadne, wbrew pozorom niebezpieczne, ukochane salamandry. Zrównuję się z innym samotnikiem, ucinamy sobie pogawędkę o tym i o owym… współtowarzysz okazuje się lekarzem; kiedy przechodzimy na temat reformy SŁUŻBY ZDROWIA mówi:

- Wie pan… oni powinni wszyscy stanąć przed sądem. Niech Pan sobie wyobrazi, ostatnio zdiagnozowałem u pacjenta nowotwór  złośliwy, chcieliśmy go położyć natychmiast na sąsiednim oddziale, bo w jego przypadku tylko szybkie wdrożenie leczenia daje szanse przeżycia… na przeszkodzie stanęły procedury Pakietu Arułkowicza. Najpierw musieliśmy go wypisać, aby udał się do lekarza pierwszego kontaktu, tamten da mu zieloną kartę z tego co wiem zostanie przyjęty za kilka tygodni… to będzie stanowczo za późno, jeżeli będzie jeszcze w ogóle wstanie poddać się terapii.

Po tych słowach, ręce zacisnęły mi się mocno na rękojeściach moich kijów, mimo deszczu spływającego po mojej twarzy  przez otwory w moim słomianym kapelusza poczułem słony smak łez. To jest straszne: wymyśla „gość” jakąś paranoję, bierze pióro, podpisuje i staje się faktem… pewno wydaje mu się, że jest kimś ważnym… dla mnie jesteś nikim… człowieku, Ty mordujesz ludzi… nikim są ci, co cię na to stanowisko powołali… a tu łaskawcy w mediach troszczą się o in vitro… o ustawę o zwalczaniu przemocy wobec kobiet, jednocześnie nie pomagając w porę kobietom skazując je na rychłą śmieć, co to za obłudnicy… z tym starym obłudnikiem na czele, który ma czelność kandydować na stanowisko Prezydenta Mojego Ukochanego Kraju… podpisuje bez zrozumienia wszystkie ustawy jak leci, byleby były firmowane przez PO. Kim trzeba być aby na takich ludzi głosować?

Żegnam się przy parkingu z doktorem, ściskamy sobie oburącz dłonie, życząc nadziei na lepsze czasy i zdrowia.

Zeszło mi trochę czasu na tej wędrówce, więc Rosynant zmoknięty strzelił focha i nie chce odpalić.

Kiedy się już z nim dogadałem, pojechałem zamknąć ten dzień w klamrę i zrealizować do reszty plan niedzielny… wieczór, który był kwintesencją dnia dzisiejszego. Cudowne spotkaniem przy kominku z cudownym człowiekiem.



P.S.. W następnym tygodniu zdobyłem Okręglicę, spotkałem czarnego bociana i wzruszającą kapliczkę.
Więc zrealizowałem to, czego nie uczyniłem ostatnio… co się odwlecze to nie uciecze.
Ten szlak bym nazwał... Samotność ludzi wśród ludzi.