Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2019

Reklamacje świąteczne.


Czyli jak utknąłem w wannie.

Otóż moi drodzy dostałem od Gwiazdki, Aniołka, Gwiazdora... czy jak mu tam, prezent

pod choinkę. Były w nim między innymi kulki do kąpieli... relaksacyjno-nawilżające.

Wiadomo, jak człowiek coś otrzyma czy wyprodukuje, to natychmiast postanawia to wykorzystać lub użyć... Ja też tak uczyniłem.

Między jedną a drugą Wigilią postanowiłem zażyć komfortu i pachnieć, gdyż jedna z kulek wydawała zachęcający zapach.

Napuściwszy wodę do wanny, wlazłem do niej nagi jak Pan Bóg mnie stworzył (mogę tak powiedzieć, ponieważ nie miałem żadnej operacji plastycznej ani tatuażu).

Kiedy już leżałem wygodnie otulony „naturalnym ciepłem” wody życia, wrzuciłem kulkę i poczyniłem następujące obserwacje.

Po pierwsze - kulka z lekka eksplodowała, czyniąc swoiste jacuzzi.

Po drugie - nadała wodzie kolor urynoterapii, co zakłóciło urologiczne obserwacje mojej szczelności.

Po trzecie - w tracie tego procesu zauważyłem, że wydostaje się z niej tłusta maź, jakby tankowiec został trafiony torpedą.

Po czwarte - ta maź zaczęła ogarniać całe moje ciało, a powierzchnia wody wypełniła się jakby oczkami rosołu... Pomyślałem: dobrze, że nie jestem aniołem, bo szlag by trafił pióra i latanie.

Po piąte - ogłosiłem natychmiast alarm ekologiczny, ale nikt mojego nawoływania SOS nie słyszał, bo w tym roku obchodziłem Wigilię sam, na bezkresnym oceanie nowo wybudowanych osiedli pod wynajem, które notabene zabijają Kraków. Byłem sam... ponieważ słoiki dawno wyjechały na święta, porzucając podziemne garaże i pozostawiając milczące ciemne okna.

Po szóste - nienaturalna śliskość nie tylko ogarniała moje ciało powodując, że zacząłem się przemieszczać po wannie bezwiednie niczym śliwka w kompocie, ale również uszkodziła moje zdolności chwytne, gdyż cokolwiek starałem się złapać, natychmiast wyskakiwało z moich dłoni. Obojętne, czy to była część mojego ciała... noga, ręka, że nie wspomnę o drobniejszych elementach mojej osoby jak na przykład nos, ale nawet nie udało mi się uchwycić słuchawki od prysznica, abym mógł się wyrwać z tej matni... Ona również natychmiast stała się relaksacyjno-nawilżona.

Jednym słowem, tłuszcz był wszędzie, ogarniał wszystko, co się pojawiało na jego drodze. Pomyślałem: ocali mnie tylko mydło. Gdy podjąłem desperacką próbę wzięcia go do ręki, ono wystrzeliło z taką mocą, że uderzywszy a nie stłukłszy lustra, odbiło się od niego z dużym impetem, po czym wpadło prosto do muszli klozetowej. Tu wróciły do mnie słowa mojej mamy: „Ile razu muszę Ci mówić, abyś opuszczał deskę” i tak szansa ratunku przepadła z kretesem.

Po siódme - dryfując już około sześćdziesiąt minut, całkowicie zrelaksowany, nawilżony i natłuszczony... jakby było mi mało własnego tłuszczu... obmyślałem sposoby, jak tu się wydostać z pułapki.

Po ósme - teraz żałowałem, że w komórce nie nastawiłem funkcji wybierania głosowego, bo pewnie zadzwoniłbym o pomoc do TOPR-u. Oni jako jedyni ratują za darmo i jeszcze nawet nie przyjmują odznaczeń od prezydenta, uznając, że to ich obowiązek. Wiadomo, po pogotowie ratunkowe nawet nie ma co dzwonić... Pamiętacie, co zrobili Jurandowi ze Spychowa? Kiedy rycerze spotkali na drodze oślepionego starca, bez języka w łachmanach i nie rozpoznali w nim Juranda, zapytali „Kto Ci to zrobił?”, a wtedy Jurand podniósł kikut odrąbanej ręki i nakreślił w powietrzu znak krzyża... Jeden z bystrzejszych rycerzy (bo jak wiadomo ogólnie to było tępe towarzystwo, bowiem miało zakute łby) rzekł: „Niemożliwe... pogotowie Ci to zrobiło?!”

Więc ta alternatywa, nawet gdyby, nie wchodziła w grę... Ale znacie mnie, wiecie, że się nie poddaję.

Po dziewiąte - ciało moje już nie przyjmowało cholernego specyfiku, stając się pomarszczone, i powoli traciło niepotrzebny naskórek... to się peeling nazywa czy cóś takiego.

Postanowiłem zanurkować i otworzyć korek wanienny, i to był dobry pomysł, bowiem po udanej próbie powstało zawirowanie wodne przypominające lejek trąby powietrznej. Teraz tłusta ciecz pomykała w kanalizację miejską, próbując przy tym zabrać mnie za sobą, ale i na to znalazłem sposób, usiadłszy na wylocie waniennym, tym samym pozwalając wodzie wydostać się przez przełęcz międzypośladkową... Przyznam, że było to nawet miłe uczucie…

Kiedy już ten żywioł zniknął w czeluściach rurowych, okazało się, że za cholerę nie mogę użyć moich łokci, aby stanąć na równe nogi, ponieważ tłuszcz pozostał. Byłem uwięziony w wannie na dobre, moje ciało zaczęło tracić temperaturę a robiła się już późna pora... Rodzice czekali z Wigilią... W oddali słychać było dźwięk mojego telefonu i przychodzące wiadomości, na które nie byłem w stanie odpowiadać, co budziło we mnie jeszcze większą frustrację i podnosiło dramaturgię sytuacji, w jakiej się znalazłem.

Po dziesiąte - pomoc przyszła od pumeksu. Zauważywszy go, pomyślałem o piasku i lodzie. Teraz nerwowo paznokciami skubałem kryształki wulkanicznej lawy, które pozwoliły mi podnieść się na rękach, po czym dwukrotnie wykonałem beczkę w powietrzu i spadłem na posadzkę łazienkową niczym kot wszystkimi kończynami... Byłem uratowany.

Zastanowiło mnie jedno... jak to robią kobiety? I czy mogę złożyć reklamację, skoro już nie ma przedmiotu reklamowanego?

Ubolewam również, że nie było przy kulce stosownych instrukcji... na jaką ilość wody działa to skażenie i ostrzeżeń lub jakiegoś małego formularza ubezpieczeniowego na okoliczność wydarzeń losowych.

Opisałem to moje doświadczenie jako przestrogę dla facetów, którzy mogą dostać jakiś nieznany przedmiot bez załączonej instrukcji.

Wesołych Świąt.

sobota, 23 listopada 2019

Memento mori

Wiadomo... jesień... deszcz... plucha... szaro... ponuro... deszcz.
Jak obłędny rycerz (nie mylić z błędnym rycerzem) może przeżyć tak trudny czas i nie zardzewieć…
Jak to jak... trzeba iść między ludzi, więc ku mojej radości pojawił się na Fb post promujący występ ulubionego pieśniarza „Adam Strug spotkanie śpiewacze”
Pomyślałem... Leśmian, Soyka i te klimaty, super!
Jednak samo wydarzenie wzbudziło we mnie lekkie podejrzenie... Jak to? Sam wielki Strug (nie mylić z ręcznym narzędziem do obróbki skrawaniem drewna i materiałów drewnopochodnych) wystąpi w jakiejś małej mizernej gospodzie, a nie np. w Centrum Kongresowym ICE lub w Tauron Arenie?
Jednak pomyślałem, że wielcy artyści mają różne kaprysy i pewnie to jest właśnie jeden z tych kaprysów... i to mnie uśpiło.
Zanurzywszy się w codzienności prozy życia i codziennej walce z wiatrakami, ocknąłem się w dniu wydarzenia z przerażeniem, że nie kupiłem biletu... Wprawdzie miałem alternatywę pójścia na wykład do IPN-u, ale jednak chciałem posłuchać Adama.
Byłem pewny, że już po czasie i bilety zostały wyprzedane... Znając jednak siłę i moc mojego głosu (wszakże niejednokrotnie doświadczałem, jak białki usłyszawszy mój tempr, natychmiast mdlały lub na chwilę traciły mowę, a nieraz i głowę, że z kultury nie wspomnę o innych stratach), postanowiłem zadzwonić.
Kiedy wybrałem ostatni numer i nacisnąłem słuchawkę, usłyszałem aksamitny głos kobiecy, która usłyszawszy moje zapytanie:
Czy można kupić jeszcze bilet na dzisiejszy koncert Adama Struga?
Odpowiedziała:
Tak... są jeszcze bilety... mogę panu dwa zarezerwować.
A kiedy udało mi się wynegocjować dobrą cenę, pomyślałem... działa! Ale ale, dwa!? Wszak miałem iść sam!
Pośpiesznie zacząłem szukać w myślach, która z licznych dam dworu może chcieć spędzić ten wieczór w moim towarzystwie.
Muszę Was zapewnić, że to nie jest prosta sprawa... Wszak na dzień doby odpadają te, co mają akurat trudne dni lub te, które właśnie rozbolała głowa… itd. Padło więc na wrażliwą istotę, chociaż o dębowym uchu, której od dawana co niektórzy wmawiają, że powinna wyjść za poetę... Nie wiem, dlaczego jej tak źle życzą.
Więc czym prędzej zapytałem, czy zechce mi towarzyszyć, a ona – mimo że miała już zaplanowany wieczór (aerobik) – zgodziła się.
Potwierdziłem zatem Pani o aksamitnym głosie, że dwa rezerwuję... i stało się.
Popołudniu pojechaliśmy romantycznie... tramwajem... Wiadomo, tylko szaleniec może „jechać”samochodem przez Kraków w godzinach szczytu... Słyszałem, że sam Prezydent Miasta Krakowa zrywa się wcześniej z pracy, aby uniknąć korków... a w MPK jeździ z ochroną tylko podczas wyborów.
Tramwaj był zatłoczony jak ulice tego miasta... Falujący tłum rzucił mnie wprost na siedzenie dla ciężarnych... Wiem, że ostatnio przytyłem, ale żeby aż tak?! Moją koncertową partnerkę pospólstwo rzuciło w drugim kierunku... Nie zdążyłem chwycić jej za rękę... normalnie jak na Titanicu. Ona, lecąc w powietrzu, uchwyciła się rurki pod sufitem. Ponieważ jest niskiego wzrostu, zawisła nie dotykając podłogi. Ścisk był tak potworny, że przypomniał mi się kolega, który w takich chwilach zwykł mawiać: „Dobrze, że są na świecie geje, bo przynajmniej jest gdzie palec włożyć” i tak udało nam się dobrnąć do celu podróży... Ona dyndając – ja robiąc za ciężarną. Teraz należało się tylko przedostać do drzwi bacząc, by przy tym manewrze nie utracić portfela lub torebki... Przypominałem szarżującego zawodnika amerykańskiego footballu, ona zaś była niesiona falą niczym na koncercie rockowym... po czym tramwaj wypluł nas jak wielka ryba Jonasza na tych, którzy oczekiwali, aby odbyć dalszą podróż.
Kiedy udało nam się otrząsnąć i poprawić ubrania, które przeszył istny crash-test, chwiejnym krokiem podążyliśmy do kawiarni na ucztę duchową.
Pani aksamitna usłyszawszy moje pytania o rezerwację, natychmiast stwierdziła, że rozpoznaje mnie po głosie i nie musiałem publicznie cytować swojego przydługawego nazwiska... wiadomo RODO... wiadomo Wędrowny Kaznodzieja.
Uiściłem należność i zostaliśmy dla bezpieczeństwa zakuci w papierowe kajdany... Taki zwyczaj... Inni stawiają pieczątki, aby wykluczyć słuchaczy na gapę lub na krzywego ryja.
Następnie Pani wręczyła nam paragon wraz ze śpiewnikami, co wzbudziło we mnie zaniepokojenie, bo oprócz wcześniej zacytowanego spotkania śpiewaczego widniały inne litery: „pieśni eschatologiczne”. Zmroziło mnie... trupie pieśni? Dobra, niech śpiewa, byle nam nie kazał. Moja partnerka pobladła na licu i przeczuwając najgorsze, wyszeptała: „Boże, ja miałam czwórkę z muzyki” i zaparła się nieco, jakby ją wpychano żywcem do grobu. Mały młody fanklub Struga napierając, poniósł nas do środka. Usiedliśmy przy otwartym oknie jakby licząc, że to jest jedyna droga ucieczki. Z podwórza powiewało rześkie powietrze. Na skrzypiącym obracanym krześle siedział Pan artysta, twarzą do zajmujących miejsca... W lwiej części byli to ludzie młodzi z dominantą rodzaju żeńskiego, tuż za nim stał czarny krokodyl, który miał zamknięta paszczę, a klawiatura również była milcząco nieczynna. Pan Strug oznajmił, że będziemy śpiewać pieśni... żałobne, a w zasadzie trupie... Domyśliłem się, że a cappella. Pomyślałem... może jednak zamknę okno, bo jak zacznę wyć różnymi modulacjami regionów Polski, to niechybnie dołączą się do tego chóry bezdomnych psów, a może i wilcy przyjdą... Już nie wspomnę, że byliśmy w pobliżu żydowskiego cmentarza.... Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby tamtejsze duszyczki to usłyszały.
Spotkaniu ton nadawał sam Pan Pieśniarz... niczym zapiewajło, profesjonalnie dyrygując uczestnikami... Ja, mając pierwszy stopień muzyczny – czyli słyszę jak jest cisza lub jak coś wydaje dźwięki – w większości śpiewałem z playbacku, korzystając z dźwięków, które wydawali inni. Obok mnie siedziała towarzyszka dzisiejszej koncertowej randki, blada z zaciśniętymi ustami. Wcale jej się nie dziwię… Czytała takie wyśpiewywane słowa: „Pogrzebmyż to ciało w grobie”, „Już idę do grobu smutnego, ciemnego”, „Wczoraj się świeciła, dziś spróchniała” itd. – i to przez dwie godziny.
Wyszliśmy mocno zdołowani... W necie było napisane, że za dwie stówki można jeszcze zjeść kolację z artystą... Mnie po wydaniu 120 złotych na bilety (nie liczę biletów MPK, ostatnio drastycznie podrożały) i tekstów, które słyszałem, nic nie przeszłoby przez gardło... Jeno tylko starczyło mi odwagi na podanie dłoni Panu Adamowi S.
Wracaliśmy nocą, pieszo, przez iluminowany Kraków... Ona pewnie była zdziwiona zaproszeniem, chociaż w głębi serca myślała, że jestem romantyczny, proponując jej taki długi piękny spacer po mieście... Ja szczęśliwy, że nie pada i wkurwiony na maxa... Bez koncertu, spłukany na jakieś pogrzebowe pieśni, które za free słucham jeżdżąc po polskich wsiach i miastach, i do tego nie mam nawet na Ubera... że nie wspomnę już o zatłoczonym tramwaju. Kiedy wieczorem wszedłem do wanny, aby zmyć kurz dnia codziennego, zauważyłem, że nie jestem całkiem nagi... na prawej ręce wisiała mi trudno usuwalna papierowo-foliowa obręcz... Jakby mówiła do mnie: memento mori…

Że myśmy to przeżyli... Dzielna kobitka.
Pozdrawia Was Kaznodzieja Wędrowny




wtorek, 10 kwietnia 2018

Katyń 2010



słońce takie widzę po raz ostatni

zamknięty w świecie ostatnim

ginę wśród swoich nie przypadkiem

krew moja i moich kompanów

powtórnie przenika tę samą ziemię



podnoszą nas obce dłonie

widzę to z zaświatów

pozbawione sacrum moje ciało 

dotykają je nie ci co je kochali

tak upokorzeni bezradni opuszczeni



a mówiłeś żołnierzu że powrócisz

przecież przysięgałeś zwierzchnikowi

nie ma ciebie przy wraku

wiem zdrajca nie wydał rozkazu

odważne serce nie zerwało się do lotu



ptaki katyńskie unoszą nasze szczątki

znów z naszych ubrań wiją swoje gniazda

list ostatni porzucony w ziemi samotnie

każdy przechodzień może znaleźć jakąś pamiątkę

a spychacze jak kiedyś w pośpiechu zacierają ślady



targowica jak dawniej sprzedaje prawdę

świat świadom wstrzymuje oddech nie chce kłopotu

szczątki nasze nieważne niekompletne

wędrują do cudzych łez i cudzych grobów

to nic że jesteście wstrząśnięci

podzielą was potem



trofea leżą niszczone porami roku

mgła otacza je mglistymi słowami

są narody którym trudno jest wyzbyć się cudzej własności

ludzie bez twarzy mają wiadomy rysopis

A wszystko to z niewiary w Ciebie Boże.


Autor Jan Stańczyk - Włóczykij





wtorek, 20 marca 2018

Pochowałem

W marcu 2018 roku... na Anioł Pański
zostało złożone do grobu ciało
mojego ukochanego najmłodszego wnuka, Franciszka.
Zmarł w najbezpieczniejszym miejscu na świecie, jakie mu przygotował Stwórca.
Uczynił to tak subtelnie... jak subtelnie powiadomił o swoim przyjściu.
Serduszko przestało bić... Dlaczego?... Nie wiem... Pewnie mi to kiedyś wyjaśnisz...
czemu zrezygnowałeś z serca starego włóczęgi.
Ale moje oczy Cię poznały... Franciszku... mój Mały Człowieczku.
Zmieściłeś się w delikatnych dłoniach, pełnych łez... swojej matki.
Owinęła Cię w szatkę... a raczej pieluszkę miłości.
Pojechałem po Ciebie do stolicy... nauczony przez Bohaterów, że po Swoich się wraca.
Pochowałem z wiarą i honorem... wśród towarzyszących Ci najbliższych osób.
Pochowałem przy dźwiękach modlitwy, śpiewu Halnego i muzyki Przyjaciela domu.
Śpij Franciszku w ciemnym grobie... Jutro się spotkamy... może.


piątek, 15 grudnia 2017

Powołanie

Powołanie



Kiedy wydaje się że chwyciliśmy Boga za nogi

Kiedy wolność wymyka się między palcami

Kiedy chcemy już teraz od razu

Kiedy pokarm nie sprzyja zdrowiu



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Kiedy odkrywamy nowe galaktyki

Kiedy pomysłowość i wynalazczość jakby nie miała granic

Kiedy widzenie złudnym mirażem się staje

Kiedy owoc życia nie przypomina protoplasty



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Kiedy lęk przed przemijaniem popycha nas do różnych czynów

Kiedy alienacja dotyka coraz większe rzesze stworzeń

Kiedy zapominamy skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy

Kiedy szukamy szczęścia które innych o łzy przyprawia



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Kiedy produkujemy masę współczesnych śmieci

Kiedy zawsze jesteśmy w trakcie lub na krawędzi wojny

Kiedy dajemy prezent nie z siebie lecz z rzeczy

Kiedy żyjemy dniem przeszłym i przyszłym



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Kiedy ludzkość stawia różnokolorowe płoty

Kiedy przez nie nic nie widać lub przechodzi każde licho

Kiedy ci co nas reprezentują potrzebują coraz większej ochrony

Kiedy mówią nie stawiaj sobie wyzwań my żyjemy z twojej głupoty



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Kiedy honor ustępuje chamstwu

Kiedy kanon piękna jest wiecznie nieskończonym obrazem

Kiedy nowomowa ma ukryć dewiacje

Kiedy wartość pieniądza to pozór



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Kiedy widzę Cię w wianku na głowie

Kiedy myślę co z Ciebie wyrośnie

Kiedy łagodzisz swym pokojem niepokój

Kiedy jesteś dzieckiem w byciu dorosłym



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Kiedy widzę swe lustro czasu

Kiedy się też i Ty z innymi w nim przeglądasz

Kiedy rezygnujesz świadomie z tego co opiewają poeci

Kiedy masz odwagę dotknąć niewidzialnej widzialności



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Kiedy jesteś dobrą nowiną

Kiedy patrzę jak klęczysz

Kiedy duma miesza się z lękiem

Kiedy myślę co straciłaś by zyskać siebie



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Kiedy mnie spotkasz uboga dziecino

Kiedy Twe serce wyszyte sercem przemówi

Kiedy uklęknę z wolnej a nieprzymuszonej woli

Kiedy zapragnę pocałować w stopę cząstkę nieba



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Kiedy akceptowana cykliczność nie przynosi owocu

Kiedy podążasz w wyrzeczeń kierunku

Kiedy to co piękne narażone jest na śmierć męczeńską

Kiedy wiara równa się świadectwu



Ty idziesz za głosem Teraźniejszości



Jakoś nie jestem zdziwiony że zakochałaś się w Teraźniejszości

Bo który mężczyzna może się równać z taką Miłością



Słowo napisane dla siostry Gertrudy Bałazińskiej, która złożyła śluby wieczyste.




sobota, 11 listopada 2017

Epitafium



Elegia



Nie zgadzam się na takie odejście.

Kto zaopiekuje się obejściem w Jaszczowie?

Bryczki krążą na dziedzińcu, a gospodarz nie wita.

Kto zapali znicze powstańcom?

Uszanuje kwiatem dłonie matki swojej?

Naoliwi pepeszę i wyruszy do Zapory?

Kto pochyli głowę przed Jenerałem Kickim

i pójdzie pokornie do więzienia?

Torturowan będzie marzył o alianckiej panterce.

Osobiście dotknie bohaterów w Zamku Lubelskim,

objęty amnestią oprawców wyruszy w nieznane…

Żegnany gromadnie z ganku swego

myślami za Ojcem swym podąży.

Prochy jego na wschodzie

będzie szukał aż do śmierci swojej.

Ryngraf na pierś swą włoży,

a siepacze czerwoni wrzucą go w czeluście czarnego złota.

Nie złamią, zahartują mimo haniebnego towarzystwa.

Będąc ogrodnikiem, ukocha to co piękne,

a zakochan w wybrance swojej

będzie ją miłował aż poza jej śmierć.

Kto tak będzie samodzielnie poszukiwał prawdy w słowie?

Bo słowo było na początku

to niewypowiedziane,

a wypowiedziane słowem i ciałem się stało.

Pocznie córkę i nazwie ją Dar Boży.

Będzie ją kochał ponad życie,

ale surowo wychowa, przygotowując na przeciwności losu.

Zamieszka w mieście bez Boga,

a każdy, kto będzie przekraczał jego progi,

wyjdzie ubogacony mądrością gospodarza.

Kto tak pięknie będzie wierzył w złe i dobre duchy,

a ten, który posiądzie zaszczyt snu w jego dworze dźwięków,

przekona się na własnej skórze o istnieniu duchów.

Nawiedzony przez złodziei dalej będzie wierzył w człowieka,

acz wyciągnie wnioski z owego zdarzenia.

Ocalon przez Anioła Stróża na Policy

o przyjaciołach swych nigdy nie zapomni.

Kto przez wędrówki swoje po Polsce

dialekty w jeden ojczysty język tak pięknie połączy?

Nie ma narodu, regionu, wspólnoty bez ojczystego języka,

musimy dbać o niego.

Winni jesteśmy to przodkom naszym -

to najwyższa wartość, której nie możemy utracić... mawiał.

Zauroczon słowem będzie poszukiwał komunikacji międzyludzkiej

i demaskował tych, którzy nią manipulowali dla niecnych celów,

jednocześnie uznając, że każdy kontakt międzyosobowy ją posiada.

Na nowo odkryje stwierdzenie „być może” -

dla tych, co nie znają obcego języka.

Kto tak nisko będzie kłaniał się przechodniom,

oburącz ściskając dłoń powitania?

Głęboko patrzał w oczy, poszukiwał zrozumienia,

nie wywyższał się nigdy ponad bliźniego,

a rozmówców zalotnie prowokował do rozmówek…

Kto tak będzie pielęgnował kontakty z rodziną?

Znosił z pokorą cierpienie w tajemnicy swego serca?

Kto w samotności, poddając się zabiegom medycznym,

będzie mówił: „Generała żołnierz w gaciach nie powinien widzieć”.

Kto nie odmówi pomocy, a w ostateczności sam o nią poprosi?

Pocieszy, znajdując odpowiedni cytat w poezji?

Kto wypłynie na połów samotnie na jeziora Posejneli?

Czy pozostawiony obrazek Matki Boskiej będzie uszanowany?

Kto pokłoni się tak pięknie Ostrej Bramie?

Opowie o powstaniu sejneńskim?

Stanie w obronie języka polskiego na kresach?

Ujawni nienawiść i nacjonalizm nie tylko litewski?

Jednocześnie zachwyci się i zatroszczy o kulturę tego narodu.

Pochyli się starannie nad genezą słowa, które opisuje

narody i danego człowieka oraz czas, w którym żył.

Kto zaszlocha nad Augustowskim kamieniem w Gibach

i nie zapomni o innych rozsianych po świecie?

Kto przywiezie kindziuk lub napój rycerski Zalgirys,

który uderza w głowę niczym miecz litewski pod Grunwaldem?

Nie mówiąc już o alkoholu Suktinis,

który mylnie wypowiadany przez Polaków jako słowo plugawe

błyskawicznie podawany jest przez litewskich sprzedawców.

Zabraknie i nam od Pana świeżego sękacza lub słodkiego mrowiska.

Kto opowie o trudnej przyjaźni Herberta z Miłoszem?

Dogłębnie porówna ich spuściznę i dokonania?

Kto odwzajemni po stokroć to, co otrzymał?

Będzie cierpiał z powodu tego, co inni nie widzą?

Kto tak pięknie będzie się wzbraniał przed emeryturą i ciepłymi kapciami?

Będzie potrafił spożywać spokojnie obiad,

nawet ze śmiertelnymi wrogami.

Co pocznie lis, który zamieszkał w letniskowym domu Pana Walerego?

Górale pewno uschną z tęsknoty do niego.

Kto tak cicho odejdzie, pozostawiając to, co czekało na niego?

Czekam, dalej nie wierzę i proszę pokornie: nie zabieraj Go nam, Panie.

Wprawdzie wskrzesiłeś Go w nas, ale uwierz, to za mało.

Żegnany gromadnie z ukochanego Krakowa

wędrujesz w objęcia radości swej żony

oraz puchnących z dumy przodków Twoich.



Na Boga!!! Panie Profesorze Pisarku... Larum grają!!!

Wróg na progu Języka Polskiego stoi!

Waść po pióro nie sięgasz? Odpowiedzi nie dajesz?

Na pytanie z odsieczą nie ruszasz?

Co się z Waszmością stało?!

Jeno ból, żal i niemała spuścizna po Tobie zostaje.

A skoro nie ma cudu i, Panie Boże, nam Jego z martwych nie oddajesz,

to Ci dziękujemy, że ta polska Ziemia wydała nam tak wielkiego Syna.

Nie dziw się, że to dla nas i świata niepowetowana strata.

Cóż mi pozostaje? Jeno iść samemu w sercu z Panem Profesorem,

tak jak planowaliśmy – nad Morskie Oko.

Mój jedyny, kochany Mistrzu...

Kto teraz do mnie napisze:

„Drogi, kochany Panie Waldeczku”

Kto mnie zapyta: „Pijemy herbatkę? Ciasteczko?”

07.11.2017

Autor Fotografii Jan Stańczyk






czwartek, 12 października 2017

Widzenie

Jest dwunasta w nocy.

Właśnie jeden dzień się kończy,

a drugi w ciemności zaczyna.

Zupełnie jak nasze życie.

Stałem w murach kościoła

i miałem widzenie…

Twoja dusza wędruje w przestrzeni.

Naprzeciw niej wybiegają jasne duchy.

Prowadzą Cię w orszaku radości.

Raduje się świat tej przestrzeni

z Twojego przybycia.

Hierarchia witających jest widoczna

aż do samego Absolutu.

Jesteś speszony, ale spełniony.

Dominantą jest niewyobrażalna jasność.

Jeszcze zerkasz w pozostawioną otchłań,

ale nie żałujesz. Bardziej czekasz…

Ojczyzna ziemska straciła wiernego druha.

Żegnałem wielu, ale nigdy nie widziałem nieba.

Jest dwunasta w nocy

i jak tu nie wierzyć w duchy…

Zatem do widzenia lub do zobaczenia

Władeczku.

piątek, 23 grudnia 2016

Wiesz Karolu…


Stojąc przed Twym rodzinnym domem w ten słoneczny, mroźny dzień pełen białego puchu, tak sobie myślę, że przynajmniej dwukrotnie w życiu jesteśmy dla innych głównymi bohaterami. Po raz pierwszy: przy zwiastowaniu i procesie rozwoju prenatalnego, gdzie w  kulminacyjnym momencie tego pierwszego bohaterstwa przechodzimy przez tunel miłości ku złożoności  i jasności tego świata. Zdarza się i tak, że z obawy o zdrowie obojga lub jednego z nas, którzy jesteśmy uczestnikami tej pierwszej podróży rozwoju, lekarze podejmują  decyzję o  cesarskim cięciu, wydostając nas nagle na światło nocne lub dzienne. Drugi raz na pewno jesteśmy bohaterami, gdy przychodzi kres naszego życia. Może on przyjść naturalnie przez starzenie się naszej historii i naszego organizmu. Nieraz mi mówili napotkani starcy: „panie, ja już chciałbym umrzeć i przejść spokojnie przez ten tunel ku światłości”. Zdarza się i tak, że splot różnych wydarzeń powodują nagłe lub przedwczesne odejście… Tak niezrozumiałe, jak dla niemowlęcia niezrozumiałe jest nagłe opuszczenie bezpiecznego łona matki.
Obrzędowość pierwszego i drugiego bohaterstwa jest zależna od czasu, miejsca, przestrzeni, kultury, a także sacrum i profanum. Różnica między przyjściem na świat a pożegnaniem go jest widoczna w liczbie ludzi, jacy nas witali, a tymi, którzy nas żegnają. Ta różnica wynika z wielu czynników: kim byliśmy, jaki charakter miała nasza śmierć, ilu ludzi dotknęła i jak bardzo była medialna. Stoję tu jako ceper z Krakowa. Jestem pod wrażeniem ilości ludzi, których zgromadziłeś tu i teraz. Jest to widok niepowtarzalny… gdyż na tym świecie, przysypanym śmiertelnym białym całunem śniegu, kipi od kolorów życia. Są tu różnokolorowe  parzenice, kwieciste chusty i spódnice, różnobarwne hafty na strojach mężczyzn i kobiet, pióropusze w kapeluszach. Wszystko to okraszone dźwiękiem skrzypiec i basów. Ta procesja zaprzężona w dwa pięknie przystrojone siwki, które ciągną sanie, na których spokojnie bez bólu Ty spoczywasz, przypomina ostatni kulig do nieba. Tylko konie nie wyrywają śniegu spod kopyt a uczestnicy smutni, poważni. 
Tak… minęliśmy się, Karolu. Dlatego tutaj i teraz stoję wśród wielkiej rzeszy ludzi, którzy dzielnie walczyli, aby Cię wyrwać z ramion śmierci. Na pewno moją obecność wyjaśniają słowa: „a Król im odpowie: "zaprawdę, powiadam wam: wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili".
Kiedy jesienią 2015 roku wicedyrektor szkoły, do której uczęszczałeś, opowiedział mi o Twojej walce z chorobą i zapytał, czy przyjadę na licytację zorganizowaną ku pomocy Tobie przez uczniów Kenara, zabrałem swój wdowi grosz i udałem się do Zakopanego. Pamiętam niekończącą się  wielogodzinną licytację, siedziałem niedaleko pewnej kobiety, która wyróżniała się spośród obecnych nie tylko urodą, intelektem, smakiem i gustownym strojem, ale przede wszystkim precyzją w hojności. Kobieta, która do dziś dnia czeka na pochówek swojego męża, a książka, w której jest główną bohaterką to jedna z piękniejszych książek o miłości, jaką było mi dane w moim życiu przeczytać. Tak… Twoje cierpienie spowodowało, że wielu ludzi się nie minęło. Czekałem na dobre wieści o Twoim stanie zdrowia i kiedy miesiąc temu dowiedziałem się, że wracasz do szkoły, byłem dumny z Ciebie i szkoły, do której uczęszczasz i szczęśliwy, że będziesz z nami. Tym bardziej jak grom z jasnego nieba trafił mnie SMS o treści „Karol umarł”. Ta wiadomość zastała mnie, kiedy starałem się odizolować od świata, chcąc nadrobić zaległości pisarskie… Po tej  wieści nie byłem w stanie dalej pisać. Śmierć jak i sama wiadomość o niej każdego zastaje i dotyka w inny sposób, ale też dziwnie zwiera szyki tych, co pozostali. Tak się stało wśród Twoich koleżanek i kolegów Kenarowskich. Wiem, że pobiegli w spontanicznym odruchu do kościoła pomodlić się za Ciebie i zapalić świece. Ale na ich spontanicznej chęci bycia bliżej Ciecie i bliżej Boga stanęła siostra zakonna, która dowiedziawszy się o chęciach, intencji młodych ludzi stwierdziła, „że już jest za późno”, zamakając drzwi kaplicy przed nosem przerażonych jej zachowaniem młodzieży i pedagoga. Znaleźli miejsce obok kościoła. Jakże to zdarzenie jest wymowne… jakże pozbawione miłości Bożej… może przez jej zachowanie któreś z dzieci, szukając drogi do Boga, ją właśnie zgubiło. Wiem, to tylko człowiek…  Wiem, może była zmęczona, głodna… Wiem, może bolała ją głowa lub śpieszyła się na modlitwę, a może miała okres przed świąteczny lub inny. Albo jakąś menopauzę fizjologiczną lub umysłową. Nic dodać, nic ująć… Daleko tej siostrze do miłosiernego samarytanina.
Tak się złożyło, że w dzień Twojego pogrzebu, do Doliny Kościeliskiej na spotkanie ze św. Mikołajem jechała moja najstarsza córka wraz ze swoją rodziną. Pomyślałem, że może po drodze mnie podrzuci do Nowego Bystrego, abym się z Tobą spotkał. Tak się stało. A kiedy żałobna msza święta się zakończyła i różni zacni ludzie Cię  pożegnali, ta sama córka przyjechała po mnie, aby mnie od zmarznięcia ocalić, bo broda nie tylko od wzruszenia mi się trzęsła. Jestem pełen uznania i wdzięczności dla wszystkich, którzy brali udział w tej uroczystości. Karolu, zapewne widziałeś lub Ci doniesiono o  Twoim słodkim dyrektorze, który przestał całą mszę świętą na mrozie z gołą głową, bo się nie zmieścił w kościele, a gdy klękał w śniegu na podniesienie, to wyglądał jak dzielny rycerz ugodzony grotem strzały prosto w serce i jakby Ci przysięgał, że Cię nie zapomni.


Kiedy już wracałem, aby pobyć z bliskimi i zrealizować plany mikołajowe, zapadała noc. Mróz tężał, na niebie uśmiechał się półgębkiem do nas księżyc, a wielki wóz czekał dalej na zaprzęg konny. Miałem świadomość, że jestem przyczyną spóźnienia ponadgodzinnego do grupy, z którą byliśmy umówieni. Ubieraliśmy pośpiesznie ekwipunek i zabieraliśmy wyposażenie. Czekał nas szybki nocny marsz z dzieciakami. Jako samotnik byłem pierwszy gotów do marszu, więc wyszedłem na drogę, aby sprawdzić warunki panujące na szlaku i zobaczyłem stojący samochód zwrócony przodem do naszego celu marszruty. Pomyślałem, że to Ty Karolu podesłałeś nam ten pojazd… prawda?
Super, może zabiorą matkę z dziećmi i w ten sposób nadrobimy czas i niechybną utratę sił. Kiedy kierowca ochoczo wyraził zgodę i umieścił te nasze skarby wśród różnorakich bagaży, kobieta podróżująca z nim zaproponowała, abyśmy i my dorzucili swoje plecaki. Podziękowaliśmy serdecznie, co to to nie, wszak w nich znajduje się ekwipunek na przeżycie kilku dni w skrajnych warunkach górskich. Dość powiedzieć: nasz manewr spowodował, że dzieciaki i ich mama były jako pierwsze na umówionym miejscu, a my ostrym marszem nadrobiliśmy godzinną stratę. Poza tym przydaliśmy się na szlaku jako gaszący niektóre pochodnie będące za blisko lasu. Może tak miało być. Kiedy dotarliśmy do schroniska, zauważyliśmy więcej pochodni ułożonych w ten sposób, aby Mikołaj miał jak najlepsze lądowisko i taki znak w przestworzach, że właśnie tu na niego dzieci czekają.
Zawsze lubię z zimnego zmroku wchodzić do domu wypełnionego światłem, ciepłem ludzi i zapachów "Światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnia" (J 1, 4-5).”
Po wypakowaniu się i zajęciu miejsca na nocleg zasiedliśmy do stołu obficie zastawionego jadłem i przednimi napojami wśród przyjaznych twarzy dzieci i ich rodziców oczekujących na przybycie Mikołajowego orszaku pełnego worków z prezentami.
To oczekiwanie przyniosło mi wspomnienia, kiedy to ja, corocznie ucharakteryzowany przez pracowników Teatru Ludowego ubierałem się w mitrę, brałem pastorał do ręki i podążając w szatach liturgicznych biskupa, przemierzałem nowohuckie osiedla z workiem na plecach wypełnionym słodyczami, niezapowiedziany pukając do moich przyjaciół. Zdarzało mi się, że zauważywszy mnie, dorośli zapraszali do przedszkoli, szkół i przychodni lekarskich. Wiele by wspominać jak to drzewiej bywało… łza się w oku kręci na wspomnienie, gdy wizytowałem bez zapowiedzenia jedną z największych plebanii krakowskich, a każdy z kilkunastu wikarych całował mnie w pierścień i ładnie klepał pacierze… Błogosławiłem milicjantów, którzy stali jak sparaliżowani. Tak żarty mnie się trzymały, dość powiedzieć: własne dzieci mnie nie poznawały .
Cóż, czas ucieka, wieczność czeka. Jak było teraz... Oczekiwanie oraz radość dzieci i rodziców podobna. Sam Mikołaj przypominał mutację krasnala z dziadkiem mrozem łamanym na modłę amerykańską, ale nie pomniejszało to u zgromadzonych radości z jego przybycia… Diabeł był w gumowej masce na twarzy, co wywołało u bardziej wrażliwych lub nieprzygotowanych na takie spotkanie dzieci spazmy, strach itp. Na szczęście światli rodzice na ich oczach rozebrali diabła z przebrania, aby pokazać maluchom, że to w rzeczywistości miły sympatyczny młodzieniec, tym sposobem neutralizując ich traumę.
Po opuszczeniu pomieszczenia przez Mikołaja dzieciaki, radując się z prezentów, jeszcze długo szalały, zaś rodzice, złączywszy stoły, biesiadowali przy wtórze gitar, śpiewając w niebogłosy. Na zewnątrz pochodnie dogasały, gwiazdy wyległy obficie na sklepienie niebieskie, chcąc się nasycić radością innych. Powoli zgromadzonych dopadała senność i jak to jeden z rodziców powiedział na widok swojego dziecka, które zasnęło na parapecie, dla człowieka zmęczonego nie ma znaczenia, gdzie zasypia. Rano obudziło nas słonko, odbijając się od lustra śniegu prosto w pomalowane mrozem okna schroniska. Wyruszyliśmy ochoczo w drogę powrotną, pełną zaprzęgów ciągnących sanki, walk większymi i mniejszymi śnieżkami oraz kąpieli śnieżnych i słonecznych. Widząc tak wielką radość, myślałem jak biedne są te dzieci, które sobotę i niedzielę spędzają z rodzicami w tzw. markecie.
Dziękuję Karolu, że byłeś i jesteś. Dziękuję Mikołajowi za trafiony prezent. Wszystkim nowo poznanym i Tym, którzy przyczynili się do mojego wzruszenia, smutku, radości i relaksu.
Miłych Świąt Bożego Narodzenia... Niech Was mocno za rękę trzyma Boża Dziecina.
Do zobaczenia.




wtorek, 20 października 2015

OŚWIADCZAM UROCZYŚCIE

I tura

 Róbcie co chcecie

Ja robię tak...


OŚWIADCZAM UROCZYŚCIE


Wstawszy dzisiaj rano - godzina 7:10
wziąwszy kąpiel wanienną
uprzednio dolawszy zioła wszelakie,
które parując rozumu dodają
umywszy paszczę co by z niej nie capiło
ogoliwszy się i uregulowawszy wąsy oraz brodę

aby dodać sobie dostojeństwa,
łyknąwszy kieliszek mojej okowitki
co jak wiadomo myśli ku głowie i rozumowi unosi…
Uroczyście oświadczam co następuje:
iż głosuję na Pana, Panie Duda, jako na mojego Namiestnika i Króla et caetera, et caetera…
Ale też miej Waść świadomość iż mój głos jest dla Ciebie zadany
a nie dany na wieczność.
Jeżeli nie będziesz się troszczył o Moją Ojczyznę należycie
jeżeli nie będziesz dbał o Wiarę Ojców Naszych (jednocześnie musisz pozwolić żyć godnie w moim kraju wszelakim odmieńcom)
jeżeli będziesz Pan reprezentował interes jednej partyji
lub nie daj cię Panie Boże jednej racyji…
no chyba że to racja stanu
lub będziesz słuchał podszeptów złych ludzi
a moim dzieciom i wnukom
z którymi wczoraj hasałem po łące dmuchając dmuchawce
tłumacząc jak te swoiste wojska desantowe
przenoszą na swych spadochronach nasionka życia
aby na tej łące wiosną następnego roku znów zaroiło się żółtym kwieciem…
Jeśli dziatwie naszej nie ułatwisz Pan życia
aby nie musiała szukać miłości do Ojczyzny w innej ojczyźnie…
Lub tak jak Twój poprzednik a obecnie panujący będziesz miał Naród Swój w czarnej dupie
to sam pójdę na czele pochodu z innymi zacnymi Polakami by Cię z tronu obalić.

Bóg mi świadkiem, że Tak uczynię, bo mam już dość plugawej władzy.
AMEN



II Tura

Dziś dopiszę te słowa…

Jeżeli chłopcze zostaniesz prezydentem… to od niedzieli będę Ci mówił Panie Prezydencie.
Będziesz moim wodzem.
Pamiętaj Twój pontyfikat będzie trudny… to nie będzie zwycięstwo lecz zadanie.
Nie wchodzisz do Belwederu, lecz do jaskini hydry.
Zwyciężysz wtedy, gdy spowodujesz , że Polacy będą się do siebie na ulicach uśmiechali
a życzliwość będzie powszechna.
W tym zadaniu będą Ci przeszkadzać agenci obcych państw, w których interesie jest niestabilna Polska, skłócona , słaba ekonomicznie , zniszczona moralnie.
Może też się tak zdarzyć, że będą Cię chcieli pozbawić życia lub kogoś z Twoich bliskich.
Mogą być też prowokacje, próby destabilizacji kraju , włącznie z atakami terrorystycznymi.
Masz prawie wszystkie media przeciwko sobie… włodarzami ich są ludzie, którzy niekoniecznie są Polakami i miłośnikami naszego narodu.
Bądź ponad to wszystko. Powołaj radę starców… w stosunkach międzynarodowych postępuj jak saper na polu minowym.
To, że dziś żyjemy w pokoju mając prawie wszystkich sąsiadów jako przyjaciół… to nie oznacza, że tak będzie zawsze.
Jako Adwokat dobrze wiesz, co to intercyza i wiesz jak potrafią się ludzie nienawidzić… ci co tak niedawno się gorąco miłowali… a co dopiero narody, napiszę za Janem Sztaudyngerem ” Mądry nawet tej nie wierzy, z którą aktualnie leży”. (taki żarcik) :)
Słuchaj głosu narodu, obniż podatki i zus… do takiego poziomu, aby każdemu opłacało się prowadzić działalność gospodarczą… na obrocie zyska całe państwo i skarbonka się zacznie napełniać… wiele by tu pisać co masz jeszcze uczynić aby było normalnie.
Kochaj Nas a my odwzajemnimy Ci Miłością… zobacz, jak potrafimy się cieszyć z sukcesów naszych sportowców jacy jesteśmy wtedy jedno.
Nie wtrącaj nam się do życia codziennego ni do alkowy.
Bądź naszym sukcesem, szczęściem naszym… Polska potrzebuje AUTORYTETU.
Uwierz w siebie i w nas… połamanych, zagubionych, rozsianych po całym świecie… acz prawych, walecznych i dobrego serca.
A wtedy Ja jako szpakowaty szlachcic zagrodowy
ślubuję Ci wierność, oddanie a w razie potrzeby dobrą radę
Tak mi dopomóż Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci.
Zaś w razie potrzeby moja stara pierś może Cię osłonić przed ciosami nieprzyjaciół Naszych.
Wierz mi… jakby to było onegdaj gdym wygrywał niejedno przednie wino
w zawodach strzeleckich… a i namawiano mnie do służy w BOR-e jeno kiem się już prawie zdeklarował na intratne warunki podszedł ku mnie oficjer rangi pułkownika, niewielkiego wzrostu i powiedział:
- wasześć mi się podoba i rycerskość wasześci mi się spodobała, jeno mówię Waści zanichajcie tej decyzyji … psem będziecie na gwizdnięcie a jeżeli będziecie widzieli za wiele to zginiecie w niewyjaśnionych okolicznościach lub w wypadku albo rzekomo popełnicie samobójstwo.
Tom usłuchał dobrych rad mości pułkownika, zabrawszy tobołek powróciłem ze Stolycy do ukochanego Krakówka… choć i tu nieraz w czasach Solidarności śmierci zaglądałem w oczy… prawdę prawię, bośmy dyć z przyszłym Panem Prezydentem ziomale… przecie.

Po II turze

Ja Szlachcic rodowy herbu Zadora
ślubuję Ci oddanie i posłuszeństwo.
Panie Prezydencie Rzeczypospolitej
wygraliśmy tę bitwę z przeważającymi
siłami wroga ale wojna nadal trwa...
Pozwól u Twojego boku wywalczyć jeszcze
Pokój, Szczęście, Dobrobyt dla Naszej Ojczyzny.

Z wyrazami poddaństwa.




poniedziałek, 28 września 2015

Właśnie teraz zadzwonił telefon,
Moja kochana psina odeszła na zielone pastwiska Pana.
Nie było mnie przy niej, lecz nie była sama.
Tak jak nagle się pojawiła w naszym życiu… tak nagle zniknęła.
Może zabiły ją te upały, że nie poczekała na swego Pana.
Może dlatego nasi czworonożni przyjaciele zostali nam zadani…
aby każde ich odejście przypominało nam, jaki jest krótki i nasz żywot.
Daremne nasze puszenie, pohukiwanie, pokazywanie, ile to się rozumu nie zjadło, jaki to się ma majątek, et caetera, et caetera.
Nasza bezradność wobec poczęcia czegokolwiek i odejścia czegokolwiek jest porażająca.
Przenosimy zaledwie cudze życie lub jesteśmy bezwiednymi świadkami powstającego życia.
Nic ponadto…
Rzeczy, którymi się otaczamy to tylko zimne przedmioty,
dla których potrafimy niszczyć to, co żyje obok i w nas.
Kochana Funiu, może te słowa chciałaś przekazać nam…
Bo jakby Ciebie nie było to i tych myśli by nie było w nas.
Każde odejście to tak naprawdę lament nad samym sobą…
Jak mi teraz będzie brakowało Twojej radości powitania,
Twojego stróżowania, warowania i powitania dnia przy mojej głowie,
sprawdzania, czy Twój ukochany pan się żyw obudzi.
Będzie mi brakowało Twojej rozmowy… całą sobą
a nade wszystko dotyku i odpowiedzialności za Ciebie.
Byłaś szalona, czuła, delikatna i mądra… żegnaj Przyjaciółko moja.
PS. W piękny dzień odwołał Cię Pan wszystkich nas… bo wszystko, co żyje, ma swojego Pana... którego jedno z imion to Przyczyna.