niedziela, 23 listopada 2014

Pocztówka z wakacji / Przystanek ostatni z wieloma postojami.

Jeszcze wakacje, ale ja rzucam się w wir pracy.

Odpoczynek zawsze powoduje dziwnym trafem

nadprodukcję papierów na moim biurku.

Zupełnie jakby zły, widząc, że jestem szczęśliwy,

tworzył dziwne ustawy i obwieszczenia, chore prawo

zamieniające je na papier, co skutkuje utratą życia zdrowe piękne dorodne drzewa.

Biorę kartki do ręki i słyszę jak szepczą szeleszcząc…

Włóczykiju, czy pamiętasz naszą zieleń i jak szumiałyśmy dla Ciebie na wietrze,

a w czasie deszczu i skwarze mogłeś pod nami znaleźć schronienie?

Przez łzy obejmuję ich pnie dające dobrą energię.

Wiem…, czym mniejszy człowiek, tym bardziej zamierza się na większego.

Powoli odgrzebuję się spod sterty przyjaciół.

A dzieci w czasie słońca bardzo się nudzą i proszą…

mamy jeszcze dwa tygodnie do podjęcia edukacji… zabierz nas w Bieszczady.

Wyrażam zgodę, stawiając warunek… musicie poprawić swoją kondycję.

Czyniąc tym samym kolejny przystanek.

Zabieram je w Gorce, które żniwami powoli przygotowują się

na pożegnania ptactwa, które właśnie tędy wędruje na południe.

Póki co uśmiecham się do pszczółki, która wie, co to słodycz siadając na dziewięćsile.

Snopki, ściernisko pod stopami są gwarantem, że chleba może starczy.

Chmury korzystając z luster okiennych przeglądają swe fryzury.

I ta drabina do nieba… tak na wszelki wypadek gdyby czasem się tu pojawił księżyc.

Choć z tych dwóch, co chcieli go ukraść pozostał tylko jeden, więc księżycowi z ich rąk już nic nie grozi…

Ale chętnych nie brakuje wiec strzeż się miesiączku.

Wędrując z Maciejowej na Stare Wierchy napotykamy w miarę świeże miejsce tragedii.

Młodość prawdziwa lub ta udawana lubi się ścigać z czasem, prowadząc nieraz do zatrzymania swego lub cudzego czasu.

A przecież czym spokojniej, tym staranniej i dokładniej.

Zresztą Gorce to miejsce, gdzie bezkarność pseudo krosowców sięga zenitu… pędzących po szlakach pieszych i to w Parku Narodowym.

Mam smutne, czyste sumienie… wszak w tej sprawie interweniowałem osobiście w różnych instytucjach… zanim się wydarzy nieszczęście (przedstawiając dowody w postaci fotografii… być może na nich był ów nieszczęśnik)… i stało się… tylko nie bardzo rozumiem po co  w to wszystko mieszać Pana Boga.

Dziewczyny potwierdziły swoje aspiracje Bieszczadzkie.

To będzie nasz ostatni przystanek zahaczający w zasadzie o wrzesień.

Ale zanim tam, gdzie spotkałem wilki, to jeszcze króciutki wyskok

z watahą przyjaciół… wybieram się na kapryśną Babę.

Właśnie z Babiej Góry corocznie wysyłam SMS-a imieninowego mojemu koledze.

Polubiłem szlak, który wiedzie przez polsko - słowacką granicę do Polski.

To jedna z niewielu rzeczy, które nam się udały… możliwość przekraczania granic.

Przypomniał mi się tu dowcip za czasów komuny…

Pyta pani w szkole Jasia…
- Co zrobisz, gdy otworzą granice na zachód?
- Jak to co? Ucieknę na drzewo!
- Po co?
- By mnie nie stratowali! A jak na wschód… też ucieknę na drzewo.
- Żeby cię nie stratowali?
- Nie?! Bo chciałbym zobaczyć, który głupi tam pójdzie…

Co się dziś zmieniło?

Wygląda na to, że swoją polityką obecny prezydent wraz z premierem zmuszają
nasze dzieci do poszukiwania normalności na obczyźnie… w lwiej części czyniąc z nich obywateli drugiej kategorii.

Chyba chcą, jako ostatni zgasić światło w domu, któremu na imię Polska.

Ciekawe, komu szykują nasze mieszkanie…



Więc przekraczam śmiało granice braci Słowaków.

Po drodze ze stuprocentową pewnością rozpoznaję, kto Polak, a kto Słowak.

Ci, co nad nami zawsze powodują zadarcie głowy, ale ich upadek bywa bardziej bolesny

niźli nasze samo opuszczenie głowy.



Tablice informacyjne wyczerpująco opisują miejsce i czasy.

W skwarze mozolnie pnę się do góry.

Obfitość malin, poziomek, jagód i niespodzianka… czerwona porzeczka wśród kosodrzewin.

Moje serce mocno bije, ale nie tylko z wysiłku również ze zmartwienia.

Wszak jestem myślami w szpitalu i ta moja obecność przy łóżku… niczym karty informacyjnej

tylko z tą różnicą, że nie interpretuję, lecz współodczuwam.

Teraz rozumiem „nornicę”, która jak ma problem to ucieka na działkę i tam ryje aż do późnej nocy.

Raz ją zebrałem z przystanku o drugiej w nocy.

Ja zaś wędruję poszukując harmonii.

Dzwonię do kapłana, prosząc Onego o mszę świętą w intencji.

Lecz ów ma tyle próśb, że terminy mszy bardzo odległe.

Obiecuje odprawić ją podczas urlopu… oby zdążył.

Chociaż zdaje sobie sprawę… sama chęć szybciej dociera niźli to, co następuje.

Cóż… wynika z tego, że i w kościele króluje NFZ.

Wydałoby się, czasy lepsze…, ale kiedyś łatwiej można było zamówić mszę.

Czyżby ludzie wierzyli, jak w czasach niedoli, że im tylko Bóg pozostał do pomocy?

Na wierzchołku po stronie sąsiedzkiej pomnik JPII, widać dla nich też był ważny.

Powraca obraz całującego ziemię ojczystą i te słowa…

 "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze Ziemi, tej Ziemi!"

I rozpadł się komunizm, ale odnowicielami stali się oprawcy i ich pomazańcy,

których miejsce raczej nie powinno być w ławach poselskich.

Zaś to, co wpłynęło z zachodu, nie do końca odnowiło oblicze tej ziemi.

Widać duch, jak to duch, pojawia się i znika, a zło kocha wolne przestrzenie.

Wprawdzie był niejaki kwaśniewski, który nakazywał swym dworzanom całowanie ziemi na przywitanie… ale nic dla Polski dobrego nie uczynił, bo bolały go golenie.

Może jednak jestem niesprawiedliwy… wszak przypomniał, że wódka pita ze szklanki lepiej smakuje… polecam.

Prezydentowa do dziś dnia w TV uczy Polaków kultury…
jednak sama ku przerażeniu kamerdynera i mistrza ceremoniału suwała się na krześle do królowej Anglii.

Zresztą chyba za to naród wybrał go na prezydenta….

taki opalony, z błękitnymi oczyma „Słowianin”, jednym słowem swojski chłop.

Powiem tak… za słowami gazdy z Podhala…

no cóż, demokracja jest do dupy, bo jest mniej mądrych, a więcej głupich, hej!

Długo leżakuje na szczycie, posilam się i z górki na pazurki.

Zatrzymanie przy miejscu gdzie zimą zamarzli turyści,

a tak byli blisko schroniska i pomyśleć… jednym z powodów było to,

że się rozdzielili… czy coś wam to przypomina?

Zdarzyło mi się kiedyś coś podobnego na Czantorii…

nastąpiło załamanie pogody, byłem zaledwie kilka metrów od schroniska, a nie mogłem go znaleźć.

Złom zalega wszędzie, nawet w kosodrzewinach.

Hm…coś z ziemią nie tak…. wedle Gooogle Earth Diablak zmniejszyła się o 18 metrów.

Wracam z tego wypadu szczęśliwie zmęczony do domu.

Jeszcze tylko do Warszawki na ślub Przyjaciół i przyjęcie u pani Krystyny S,

która jest w posiadaniu kopii pięknego obrazu Leonarda da Vinci Mona Gustawa H.

Po powrocie zastaje dywanowy atak instytucji kontrolujących na firmę, w której pracuję.

Urzędnicy wpisujący się do książki kontroli… sami się dziwią, że przed nimi było już tylu.

Niektórzy omijają prawo i nie czekają na zakończenie misji poprzedników… twierdząc, że nie kontrolują, tylko sprawdzają.

Boże!!! Wygląda to tak jakby mrówka niosła olbrzymi fotel, na którym ledwo się mieszczą pasibrzuchy.

A każdy z nich przekonany i gorliwy śpiewa…. jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy.

Wyrywam się z tej matni i wyjeżdżam z dzieciakami w Bieszczady.

Zamieszkujemy u kobiety, która pracowała w lesie przy drwalach.
Wraz z koleżanką po utracie pracy postanowiły otworzyć agroturystykę
I, jak powiada do tej pory, miała tylko miłych letników, a to mi schlebia, bo wszak jestem u niej trzeci raz.

Zresztą to tu poznałem ciekawych ludzi, którzy do dziś dnia mieszkają w moich wspomnieniach.

A na wiadomości od nich czekam jak gołębiarz na swojego ukochanego lotniarza.

W pierwszy dzień wyruszamy szlakiem granicznym (niebieskim) z Ustrzyk Górnych…

tak symbolicznie na Kremenaros,

pokłonić się trudnej historii i duchom czasu błądzącym po połoninach, pytającym…

jakżesz to tak? dlaczego? czemu? bolało! nie róbcie tak więcej.

Moje mapy nieaktualne… nic nie jest stałego,

dla sprawnego pobierania opłat wytyczono szlak gdzie indziej.

Mam zamiar ruszyć starym, którym wędrowałem przez lata, ale tabliczka zabrania.

Więc dam przykład młodzieży i się dostosuję…

wszak jak nazwa stanowi Park Narodowy znaczy się należy do narodu, czyli do mnie też… hmm.

Dobra, płacę i idziemy, pogoda wietrzna z pięknymi niebiosami.

Na początku spotykam domek, taki w sam raz dla mnie.

Wprawdzie zaledwie do bioderek, ale kapelutek jako dach, oczy niczym przestronne okna

i elewacja nie tak znowu stara z lat pięćdziesiątych.

Nie zagrzewam w nim miejsca, wszak wszystko przemija, domy także…

po za tym, żeby coś zobaczyć, trzeba zeń wyjść.

Na Wielkiej Rawce widoki przednie w każdą stronę świata.

Tu się posilamy… przychodzi do mnie centymetrowa jaszczureczka.

A może to kameleon lub anioł przystosowujący się do stałości ciała.

Obłoki pozują i stroją groźne miny, a ja się doń uśmiecham i wtedy odsłaniają mi słońce.

Połoniny z dala zapraszają na swoje łyse siodła…, ale nie tym razem moje ukochane.

Słupki graniczne… nasze w lepszym stanie.

Cel osiągnięty, Krzemieniec zdobyty… powiem wam w tajemnicy,

tu miałem pewnego razu hipotermię… mimo super wyposażenia.

Jest co wspominać… wracamy z powrotem na Wielką Rawkę,

mijając ponownie tych, którzy ją zdobyli i wracają na Słowację.

Tym razem się nie pozdrawiamy, tylko oczy nasze uśmiechają się do siebie porozumiewawczo.

Ubrania niczym żagle na wietrze raz nadęte, a raz proszą o opuszczenie.

Dziewczyny dzielnie wędrują, widać zasmakowały w Bieszczadach.

Teraz szlakiem łącznikowym na Małą Rawkę, po drodze napotykając słup betonowy…

to dawne stanowisko geodezyjne.

Jeszcze chwilę… musimy się nacieszyć widokami i schodzimy do schroniska,

gdzie Aganiok zostanie zakuta w dyby… tak się dzieje z tymi, którzy pierwszy raz odwiedzają tereny rysia.

Inna miła tradycja to ta… ile upadków na szlaku, to tyle pączków dla wszystkich świadków tego wydarzenia.

Na dróżce zielonego szlaku napotykamy paradnego żuczka świecącego swą marynarką w dzień, niczym egipski kapłan nafosforyzowany.

W schronisku towarzyszki podróży (szkoda, że to słowo zostało przywłaszczone przez komunę) proponują powrót do samochodu pieszo…

Rozważamy przejście przez Caryńską lub po szosie… wygrywa druga opcja.

Auksztota prowadzi stadko niczym wadera.

Wszak jej plecak wypełniony był po brzegi prowiantem na cały dzień.

Ja niczym Basior dbam by bezpiecznie wrócić do legowiska.

Posileni, weseli, wracamy drogą do punktu wyjścia…

co jakiś czas Busmeni zwalniają proponując nam podwózkę… zdziwieni, że odmawiamy.

Słońce zamyka ten dzień niczym reflektory samochodu… Troszkę robi mi się żal, że nie szliśmy przez połoninę, byłyby przepiękne zdjęcia.

Więc kolacja, prycha i do łózia.

Poranek budzi dziewczęta bólem łydek, Anastazja narzeka na buty.

Czyli zmieniamy plany, nie na Tarnicę przez Bukowe Berdo… lecz do źródeł Sanu.

Może jutro zdobędziemy najwyższy szczyt po polskiej stronie.

Więc jedziemy samochodem pod rytm muzyki SDM wzdłuż granicy…



Pomyśleć, że jeszcze niedawno gdybyśmy się tu pojawili, czekałyby na nas kule „braterskie”
lub areszt i kłopoty.

Wiatr z południowego wschodu przynosi lament wielu schronisk po tamtej stronie, które popadły w ruinę.



Kiedyś, stojąc na Tarnicy, myślałem o przejściu tamtych szlaków, nawet poczyniłem pewne przygotowania,
lecz ostatnio odnowiły się ruchy nacjonalistów ukraińskich i Lachy są tam coraz gorzej widziane.
Więc pozostaną w moich planach niezrealizowanych… może kiedyś.

Znów „niespodzianka”, wytyczono inny szlak niźli ten, który przemierzałem lata temu.

Wpuścili nas w chaszcze, zabrali widoki, pobudowano drewniane pomosty, ale żeremi tu nie spotkamy… jak kiedyś w miłym towarzystwie na rozlewisku potoku Niedźwiedź.

Jeszcze niedawno prężnie działający punkt informacyjny NPB popada w ruinę, ktoś na pożegnanie miłości powiesił serduszko na klamce.

Ktokolwiek to uczynił jest bardzo bliski mojemu sercu.

Na stole, przy tablicy informacyjnej, pozostawiam kapelusz. Powracając zauważam, że nad nim stoi dwóch mężczyzn.

Starszy z nich z pewną nieśmiałością pyta… Przepraszam Pana, czy te pióra
należały do orła przedniego czy bielika?
Odpowiadam, że do bielika, a wtedy młodszy wpada w radość
i krzyczy… widzisz, widzisz tato miałem rację!… czyli był zakład.

Ojciec wyraźnie posmutniał, żal mi się go zrobiło i powiadam…
owszem jedno jest bielika, ale drugie przedniego… od taka natura moja figlarna… a może to solidarność ojcowska.

W każdym razie obu gratuluję… zadowoleni ruszają ochoczo dalej.

Jeszcze wielokrotnie będziemy się spotykać na szlaku, bo idą w tym samym kierunku, co my.

A zresztą, jakie to ma znaczenie czyje, co je?  Ważna zgoda i basta.

Może kiedyś przeczytają moje relacje i wybaczą mi moją motywację, a bielik się chyba nie pogniewa.

Zmierzamy do grobów hrabiny i hrabiego, dziewczyny, jak to dziewczyny, dociekliwe wypytują o ich historię życia.

Szukają jakieś niespełnionej miłości czy coś w tym guście… a oni tak po prostu umarli ze swoją historią.

Co jakiś czas spotykamy ślady bytności tu ludzi, ale natura pochłonęła ich dobytek jak buty w Słowińskim Parku Narodowym.

Siadamy przy punkcie widokowym na wieś Sianki po stronie ukraińskiej, tętni uśpionym rytmem… właśnie przejechał pociąg.

Przez lornetkę widać, że niewielu w nim pasażerów.

Anastazja narzeka coraz bardziej na buty, opatruje jej zranione stopy… buty zewnętrznie wyglądają idealnie, ale po włożeniu ręki truchleje… stwierdzam wytarty GORE-TEX, a wyprofilowanie na raki wystaje do wewnątrz raniąc jej stopy. Usuwam nożem niedogodność.

Ale wyrzucam sobie, że przygotowując wyprawę i kompletując wyposażenie nie sprawdziłem stanu jej butów… tak to przyzwoita zewnętrzność usypia czujność nad tym, co może się kryć w we wnętrzu… kolejna nauczka lub przypomnienie.

Dzielne to moje dziecko, lecz nici z jutrzejszej wyprawy, musimy ją odpuścić… w górach trzeba mieć umiejętność rezygnacji.

Docieramy do umownego źródła Sanu, gdyż prawdziwe leży dalej, na stronie ukraińskiej, na wysokości 950m n.p.m.

Krzyż między granicami urasta do symbolu.

Bywa i tak, że ziemia wyzna Ci miłość… no cóż, woda, glina, kwintesencja życia i możliwości ulepienia kruchego naczynia.

Teraz praktycznie bez postoju wracamy, słońce jak wczoraj zamyka dzień tym razem chowając się za Halicz.

Jeszcze tylko zatrzymanie na kolacje w Mucznym w stylowej chacie z widokiem na dawny prominentny budynek prl-owski… w przeszłości był pilnowany przez wojsko, a komuszki hasały po okolicy z przeróżnymi strzelbami.

To nasz ostatni wakacyjny wieczór… wracając do pani Maryli spotykamy przy drodze żarzące się kotły do wypalania węgla drzewnego… miejsce to niczym piekło na ziemi, a umorusane postacie jakoby biesy, uwijają się zgrabnie przy kadziach pełnych grzeszników.

Jeszcze nocne rozmowy podsumowujące wyjazd i wnioski na przyszłość.

Ranek budzi nas promieniście… a zapowiadano deszcze.

Zmiana planów…nie idziemy już na szlak.

Postanawiamy się spakować i powoli wyruszać w kierunku Krakówka.

Pozostawiamy w sobie wspomnienia, a Anastazja buty w Stuposłomach… to już druga para pozostawiona w Bieszczadach.

Powoli…, czyli jedziemy do Wołosatego, aby stamtąd pokłonić się Tarnicy, zobaczyć pasące się wytrwale koniki huculskie, przejeżdżamy dużą pętle Bieszczadzką w tempie rowerowym.

Anastazja znów lepsza od nawigacji, wybiera trasę troszkę dziurawą, ale za to krótszą i z widokami.

Aganiok z tylnego siedzenia niczym dyskdżokej i barman w jednej osobie serwuje nam muzykę w minionym klimacie oraz dozuje napoje, pokarmy, ubierając je w charakterystyczny dla siebie komentarze.

A na trasie jak na filmie Bollywood... czasem słońca czasem deszcz i może jedna mocna burza.

Docieramy do domu… wiadomo, kto pierwszy nas przywitał… pies.

Teraz tylko jeszcze trzeba się uzbroić w cierpliwość i poczekać na fotografie z wakacji (Fotoradary).

Dziękuję Wam, moi ukochani, że czytając moje opisy zechcieliście z nami wypoczywać i podróżować.

Bóg zapłać.

Amen.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz