niedziela, 2 lutego 2014

Czy ja zawsze muszę mieć jakieś przygody?

Wybrałem się wczoraj na koncert... Wystąpiła w Klubie Garnizonowym Ирэна Котвицкая (Irena Kotvitskaya). 

Sala koncertowa osnuta mrokiem, drzwi uchylone – myślałem, że pomyliłem lokale, ale gdy się ośmieliłem przejść granicę między światłem a nocą, w głębi zauważyłem majaczące sylwetki ludzi oczekujących na ucztę duchową. Scena oświetlona punktowo w czerwieni, a na niej wielki fortepian, niczym krokodyl z otwartą paszczą, oczekujący na pożarcie swoimi dźwiękami naszych serc. Siadam po środku – chodzi mi o to, aby słyszeć na równi kanał lewy, kanał prawy. Konferansjer prowadzący, można rzec, nie za bardzo przygotowany (nic o tekstach, przekazie). Pojawia się gwiazda dzisiejszego wieczoru, ubrana w ludowy strój z dominantą koloru czerwonego. Śpiewa w swoim ojczystym języku... Palce jej snują się po klawiszach fortepianu niczym odnóża pajęcze podczas płynnego marszu. Głos wzrusza, wibruje po sali, w charakterystyczny sposób urywając się w zaśpiewie nagle. Za oknem w promieniach lampy ulicznej śnieg z mrozem tańczy krzesanego. Wykonawczyni raz śpiewa acapella na stojąco, po czym opada na krzesło nieprzystosowane do gry na takim instrumencie (tylne nogi krzesła, niczym wierzgający Rosynant, unoszą się niebezpiecznie do góry). Rozprasza mnie ten widok, bo boję się, że pianistka się wywróci… Zamykam oczy, aby nie przeszkadzały duszy. Słucham, delektuję się, muzyka opada i unosi się... Przenika każdą komórkę mego ciała. Nagle słyszę obok siebie szept: „Zabrałem z samochodu radio czy nie zabrałem???”... Te słowa uderzają we mnie niczym grom z ciemnego nieba. W umyśle rozdziera się wspomnienie... Janusz Gajos w monologu o Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim „Szpony do góry... sie koncentruje – wyłączyłem to żelazko czy nie wyłączyłem”. Wybucham śmiechem! Na szczęście milczącym do wewnątrz, ale trochę mnie trzęsie na zewnątrz i tak, co jakiś czas wpadam w konwulsje. Dobra, nic się nie dzieję, myślę... Inni pomyślą, że szlocham ze wzruszenia. Melodia trwa... Piosenkarka śpiewa kołysanki. Wczoraj nie spałem całą noc, więc śmianie jest lepsze od tego, jakbym miął zasnąć i runąć z krzesła. Uff... końcowe oklaski... Opanowałem śmiech, wytrzymałem. Jako pierwszy wymykam się z sali, hostessa bacznie mi się przygląda... Mojej nieokiełznanej radości... Powoli się uspokajam. Pani Irina wychodzi dostojnym krokiem, zajmuje miejsce za stolikiem, na którym znajdują się jej autorskie płyty. Obok niej lata jakiś chudy fircyk niczym truteń wokoło ula. Menadżer, impresario, może ktoś, kto zwietrzył kasę lub gość przypominający wzorzec ubeka. W związku z tym, że nie widzę zainteresowania publiczności zakupem płyty (ok. 40 widzów), postanawiam nabyć ową i zamienić słowo z Gwiazdą. Fircyk w zalotach nie pytając mnie o zdanie sam otwiera opakowanie i podsuwa pani Irenie do podpisu... Ona pyta mnie -назва? (nazwisko), zastanawiam się, które podać, prawdziwe czy autorskie, podaję to drugie, Ivan Włóczykij... Biedna! Ma kłopoty z przeliterowaniem... Niczym nasz prezydent (jaka ortografia, taki prezydent), fircyk krzyczy, panu! zrobić zdjęcie z artystką (jest tak nietaktowny niczym miś z Krupówek). Aparat się nie znajduje, żegnam się z Panią... Może Ona też pije wodę z Wilejki... Wychodzę. Śnieg tymczasem zasypał mi całego rumaka. Odśnieżam go i przychodzi mi na myśl pani minister... „Sorry, (chyba przepraszam?) taki mamy klimat”. Przypominają mi się również słowa Walta Disneya... „Dlaczego osiągnąłem sukces? Bo zatrudniałem zawsze zdolniejszych i mądrzejszych od siebie”. W naszym przypadku jest zupełnie odwrotnie, a zważywszy, że sam Donald (jak to Donald) nie grzeszy rozumem... Mamy, co mamy, Moja nie Moja ukochana Polsko... I jeszcze jeden cytat pani Bieńkowskiej „ja zawsze mówię prawdę”... Ciekawe... Nie poznałem do tej pory takiego człowieka... Tak, tak, a świstak siedzi i zawija w sreberka... Dobrze... Ja zawsze piszę prawdę choćby to była nieprawda :)






sobota, 25 stycznia 2014

Myśląc o Tobie

Tęsknota za kimś w oddali
Tęsknota za błękitnym niebem
Tęsknota za kogucikiem na wieży ratusza

Pragnienie delikatnego uścisku
Pragnienie blasku księżyca
Pragnienie świeżości mięty

Troska o utrzymanie uczucia
Troska o ciepło domu
Troska o piórko na wietrze



wtorek, 21 stycznia 2014

Mówić, pamiętać, wyjaśniać, analizować i uczulać

Góry Sowie
Moja i nie moja ojczyzna

Przywitał mnie przez płot,
kwiat biało-czerwony w serduszka…
mówiąc, że jestem w szczególnym miejscu.
Góry Sowie… i ich mroczna historia.
Pozostałości po czasach, gdy żyli tu Niemcy i inne narody.
Dziś ich tu nie ma, zabrakło im, siły, determinacji,
odwagi, by nie dopuścić szaleńca do władzy.
Może po prostu tak jak współcześni,
byli zajęci własnymi sprawami,
powierzając władze nieodpowiednim ludziom.
Zapominając, że Wolność lubi się wymknąć tylnymi drzwiami.
Pozostały precyzyjnie ponumerowane skały, trochę złomu wojennego
i strażnicy esesmańscy tego, co zostało tu ukryte…
powoli wymierający wraz z tajemnicą, niczym egipscy kapłani.
Ci, którzy tu przybyli, dobrowolnie lub z przymusu.
Myśleli, że na chwilę lub wspominali utracone serce
i nigdy nie byli szczęśliwi.
Domy z tęsknoty popadające w ruinę, ziemia leżąca odłogiem,
brak perspektyw, wygnała młodych do ziemi obiecanej.
Przemysł turystyczny kwitnie, bo jest co zwiedzać.
Nawet podhalańczyk zwietrzył szanse dla swych owiec.
Tylko tubylcy jakoś smutni, rozgoryczeni.
Stąpam po drogach, których jednym ze składników
budulcowych są ciała ludzkie zmieszane z kruszywem,
które w nieludzki sposób wydobywali drążąc tunele,
jeńcy wojenni i inni. Mający nadzieję, że przeżyją.
Jaka chora obsesja ten plan wymyśliła?
Przecież to było tak niedawno.
Przemierzając te korytarze pełne wcielonych skrzydlatych duchów,
czułem ich obecność i przestrogę, łzy, które niczym rzeka żłobią koryto w policzkach,
powodują wyobraźnię i pytanie, czemu tak kochamy wojnę.
Czy to grzechy główne to powodują? Upośledzenie umysłowe?
Czy tak trudno kochać małe dziecko, czy starca mądrość
i jego oczekiwanie na śmierć?
Czy nie może postępem człowieka być przezwyciężanie codziennego trudu życia?
Przyglądać się wszystkiemu z zachwytem odkrywcy przez oko mikroskopu.
Przenikanie się kultur, wzajemnego szacunku i poznawanie świata…
Najpierw w sobie, by móc poznawać go na zewnątrz.
Szlaki turystyczne podobne są do polskich dróg…
pełno na nich symboli cierpienia.
Motylku, kto Ci namalował takie piękne kolory.
Padalcu, nie lękaj się… poczekam.
Dynio złota, uwielbiam Twój smak, moce lecznicze,
i zupę z ciebie mojej Mamy a pestki są dobre nie tylko na nerwy.
Chmiel i w myślach mnisi, którzy go warzyli.
Jesień powoli przybywa z pędzlami Wyczółkowskiego.
Zwierzęta upodobniły się do tutejszej ziemi
pełnej rudy żelaza.
Wieża widokowa na górze św. Anny w stylu modernizmu,
o zgrozo, zamieniona w przekaźnik, a zbudowana 1911 roku,
kolejna na wzgórzu Wszystkich Świętych niczym latarnia morska
z płaskorzeźbą feldmarszałka Helmutha Karla von Moltke.
Sowia chciałaby zobaczyć swoją wyższą siostrę, tę ze Śnieżnika,
lecz tamta legła w gruzach niczym Michał Wołodyjowski
zapomniana, zniszczała, zdradzona, dopiero po drugim wybuchu się załamała.
Jakże wymowne obwieszczenie przy wejściu do sklepiku z pamiątkami
i ten śmieszny kot, który udawał martwego, a celem był naiwny ptak.
Zegar kolejowy w schronisku obwieszczał koniec pieszego zwiedzania.
Napotkany szaman wróżbita obserwujący przyrodę, przewidział
trafnie prognozę pogody długoterminową.
Jutro wybiorę się na czeską stronę po czekolady studenckie
i zwiedzę opowieści z Narni.
Dziękuję za tą trudną wspólną podróż, ale o takiej historii też trzeba mówić,
pamiętać, wyjaśniać, analizować i uczulać.



sobota, 4 stycznia 2014

Plagiacik

Pamięci Wojciecha Kilara


Śpieszę się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzę…

Śpieszę się kochać zwierzęta, bo tak szybko przemijam…

Śpieszę się kochać lasy, trawy i kwiaty, bo tak szybko znikam…

Śpieszę się kochać kolory, bo tak szybko blaknę.

Odchodzi mój świat dzieciństwa…

Odchodzi czas laktacji…

Czas bezradnego machania do bombki choinkowej…

Chodzenia w rajtuzach uwierających w kroku i niechęci do przedszkola…

Przemija czas dorastania

Przemija kółko na haczyku,

czas procy, szczudeł, wózków na łożyskach.

Gry w zośkę, kliklaków, kostki Rubika.

Znika młodzieniec z bujną czupryną.

Znika moc a mięśnie powoli wiotczeją…

O dziwo, tym procesem wzmacniając rozum.

A zapomnienie zabliźnia dawne rany.

Blaknę wraz z numerem pesel.

Blaknę z odchodzeniem tych, co przede mną…

którzy od czasu do czasu z tęsknoty zabierają któregoś z nas

nie bacząc na tych, co pozostali… tylko po to, żeby go zapytać jak leci!?

Odwieczny problem przyciągania i oddalania.

Kocham ludzi, bo dawno wydano na mnie wyrok śmierci doczesnej.

Kocham ludzi, których to moje miłowanie o nienawiść przyprawiło.

Kocham, bo tak szybko przemijam pozostawiając po sobie poezję.

Piszę, bo zazdroszczę niedoścignionej miłości…

lecz nic bym nie napisał bez Twojej muzyki.

A gdy widzę Twoją nieporadność człowiecze, to wtedy młodnieję.

Nie znam daty, miejsca ni godziny… kocham Cię, bo…


napisano 29.12.2013 godz. 14.00
Jan Włóczykij




środa, 1 stycznia 2014

Warcaby

Zagraj proszę.
Zagraj ze mną w warcaby.
O Twój uśmiech uroczy.
I losuj...
Wolisz biały czy czarny?
Nachyl nad polem włosy.
I walcz o zmysłowe noce.
Dotknij dłonią piony.
W tej grze smak uroczy.
Bardzo proszę...
Czy to anioł biały, czarny.
Twój ruch pierwszy.
To taka gra...
Gdzie się spotkają.
Nasze ciała i dotyk.
Zagraj proszę...
I zagrała?!...