a może by tak na karuzelę życia
zamknąć oczy i niech świat
zawiruje choćby przez chwilę
niech orbita w swej prędkości przyspieszy
rytm krążenia a później stanąć na szczycie planety
wpatrzonym w gwiazdy wspomnień świecących
własnym światłem wirujące jeszcze przez chwilę na niewidocznym
łańcuchu... zapraszam
Otóż moi drodzy dostałem od Gwiazdki, Aniołka, Gwiazdora... czy jak mu tam, prezent
pod choinkę. Były w nim między innymi kulki do kąpieli... relaksacyjno-nawilżające.
Wiadomo, jak człowiek coś otrzyma czy wyprodukuje, to natychmiast postanawia to wykorzystać lub użyć... Ja też tak uczyniłem.
Między jedną a drugą Wigilią postanowiłem zażyć komfortu i pachnieć, gdyż jedna z kulek wydawała zachęcający zapach.
Napuściwszy wodę do wanny, wlazłem do niej nagi jak Pan Bóg mnie stworzył (mogę tak powiedzieć, ponieważ nie miałem żadnej operacji plastycznej ani tatuażu).
Kiedy już leżałem wygodnie otulony „naturalnym ciepłem” wody życia, wrzuciłem kulkę i poczyniłem następujące obserwacje.
Po pierwsze - kulka z lekka eksplodowała, czyniąc swoiste jacuzzi.
Po drugie - nadała wodzie kolor urynoterapii, co zakłóciło urologiczne obserwacje mojej szczelności.
Po trzecie - w tracie tego procesu zauważyłem, że wydostaje się z niej tłusta maź, jakby tankowiec został trafiony torpedą.
Po czwarte - ta maź zaczęła ogarniać całe moje ciało, a powierzchnia wody wypełniła się jakby oczkami rosołu... Pomyślałem: dobrze, że nie jestem aniołem, bo szlag by trafił pióra i latanie.
Po piąte - ogłosiłem natychmiast alarm ekologiczny, ale nikt mojego nawoływania SOS nie słyszał, bo w tym roku obchodziłem Wigilię sam, na bezkresnym oceanie nowo wybudowanych osiedli pod wynajem, które notabene zabijają Kraków. Byłem sam... ponieważ słoiki dawno wyjechały na święta, porzucając podziemne garaże i pozostawiając milczące ciemne okna.
Po szóste - nienaturalna śliskość nie tylko ogarniała moje ciało powodując, że zacząłem się przemieszczać po wannie bezwiednie niczym śliwka w kompocie, ale również uszkodziła moje zdolności chwytne, gdyż cokolwiek starałem się złapać, natychmiast wyskakiwało z moich dłoni. Obojętne, czy to była część mojego ciała... noga, ręka, że nie wspomnę o drobniejszych elementach mojej osoby jak na przykład nos, ale nawet nie udało mi się uchwycić słuchawki od prysznica, abym mógł się wyrwać z tej matni... Ona również natychmiast stała się relaksacyjno-nawilżona.
Jednym słowem, tłuszcz był wszędzie, ogarniał wszystko, co się pojawiało na jego drodze. Pomyślałem: ocali mnie tylko mydło. Gdy podjąłem desperacką próbę wzięcia go do ręki, ono wystrzeliło z taką mocą, że uderzywszy a nie stłukłszy lustra, odbiło się od niego z dużym impetem, po czym wpadło prosto do muszli klozetowej. Tu wróciły do mnie słowa mojej mamy: „Ile razu muszę Ci mówić, abyś opuszczał deskę” i tak szansa ratunku przepadła z kretesem.
Po siódme - dryfując już około sześćdziesiąt minut, całkowicie zrelaksowany, nawilżony i natłuszczony... jakby było mi mało własnego tłuszczu... obmyślałem sposoby, jak tu się wydostać z pułapki.
Po ósme - teraz żałowałem, że w komórce nie nastawiłem funkcji wybierania głosowego, bo pewnie zadzwoniłbym o pomoc do TOPR-u. Oni jako jedyni ratują za darmo i jeszcze nawet nie przyjmują odznaczeń od prezydenta, uznając, że to ich obowiązek. Wiadomo, po pogotowie ratunkowe nawet nie ma co dzwonić... Pamiętacie, co zrobili Jurandowi ze Spychowa? Kiedy rycerze spotkali na drodze oślepionego starca, bez języka w łachmanach i nie rozpoznali w nim Juranda, zapytali „Kto Ci to zrobił?”, a wtedy Jurand podniósł kikut odrąbanej ręki i nakreślił w powietrzu znak krzyża... Jeden z bystrzejszych rycerzy (bo jak wiadomo ogólnie to było tępe towarzystwo, bowiem miało zakute łby) rzekł: „Niemożliwe... pogotowie Ci to zrobiło?!”
Więc ta alternatywa, nawet gdyby, nie wchodziła w grę... Ale znacie mnie, wiecie, że się nie poddaję.
Po dziewiąte - ciało moje już nie przyjmowało cholernego specyfiku, stając się pomarszczone, i powoli traciło niepotrzebny naskórek... to się peeling nazywa czy cóś takiego.
Postanowiłem zanurkować i otworzyć korek wanienny, i to był dobry pomysł, bowiem po udanej próbie powstało zawirowanie wodne przypominające lejek trąby powietrznej. Teraz tłusta ciecz pomykała w kanalizację miejską, próbując przy tym zabrać mnie za sobą, ale i na to znalazłem sposób, usiadłszy na wylocie waniennym, tym samym pozwalając wodzie wydostać się przez przełęcz międzypośladkową... Przyznam, że było to nawet miłe uczucie…
Kiedy już ten żywioł zniknął w czeluściach rurowych, okazało się, że za cholerę nie mogę użyć moich łokci, aby stanąć na równe nogi, ponieważ tłuszcz pozostał. Byłem uwięziony w wannie na dobre, moje ciało zaczęło tracić temperaturę a robiła się już późna pora... Rodzice czekali z Wigilią... W oddali słychać było dźwięk mojego telefonu i przychodzące wiadomości, na które nie byłem w stanie odpowiadać, co budziło we mnie jeszcze większą frustrację i podnosiło dramaturgię sytuacji, w jakiej się znalazłem.
Po dziesiąte - pomoc przyszła od pumeksu. Zauważywszy go, pomyślałem o piasku i lodzie. Teraz nerwowo paznokciami skubałem kryształki wulkanicznej lawy, które pozwoliły mi podnieść się na rękach, po czym dwukrotnie wykonałem beczkę w powietrzu i spadłem na posadzkę łazienkową niczym kot wszystkimi kończynami... Byłem uratowany.
Zastanowiło mnie jedno... jak to robią kobiety? I czy mogę złożyć reklamację, skoro już nie ma przedmiotu reklamowanego?
Ubolewam również, że nie było przy kulce stosownych instrukcji... na jaką ilość wody działa to skażenie i ostrzeżeń lub jakiegoś małego formularza ubezpieczeniowego na okoliczność wydarzeń losowych.
Opisałem to moje doświadczenie jako przestrogę dla facetów, którzy mogą dostać jakiś nieznany przedmiot bez załączonej instrukcji.
Wiadomo... jesień... deszcz... plucha... szaro... ponuro... deszcz.
Jak obłędny rycerz (nie mylić z błędnym rycerzem) może przeżyć tak trudny czas i nie zardzewieć…
Jak to jak... trzeba iść między ludzi, więc ku mojej radości pojawił się na Fb post promujący występ ulubionego pieśniarza „Adam Strug spotkanie śpiewacze”
Pomyślałem... Leśmian, Soyka i te klimaty, super!
Jednak samo wydarzenie wzbudziło we mnie lekkie podejrzenie... Jak to? Sam wielki Strug (nie mylić z ręcznym narzędziem do obróbki skrawaniem drewna i materiałów drewnopochodnych) wystąpi w jakiejś małej mizernej gospodzie, a nie np. w Centrum Kongresowym ICE lub w Tauron Arenie?
Jednak pomyślałem, że wielcy artyści mają różne kaprysy i pewnie to jest właśnie jeden z tych kaprysów... i to mnie uśpiło.
Zanurzywszy się w codzienności prozy życia i codziennej walce z wiatrakami, ocknąłem się w dniu wydarzenia z przerażeniem, że nie kupiłem biletu... Wprawdzie miałem alternatywę pójścia na wykład do IPN-u, ale jednak chciałem posłuchać Adama.
Byłem pewny, że już po czasie i bilety zostały wyprzedane... Znając jednak siłę i moc mojego głosu (wszakże niejednokrotnie doświadczałem, jak białki usłyszawszy mój tempr, natychmiast mdlały lub na chwilę traciły mowę, a nieraz i głowę, że z kultury nie wspomnę o innych stratach), postanowiłem zadzwonić.
Kiedy wybrałem ostatni numer i nacisnąłem słuchawkę, usłyszałem aksamitny głos kobiecy, która usłyszawszy moje zapytanie:
Czy można kupić jeszcze bilet na dzisiejszy koncert Adama Struga?
Odpowiedziała:
Tak... są jeszcze bilety... mogę panu dwa zarezerwować.
A kiedy udało mi się wynegocjować dobrą cenę, pomyślałem... działa! Ale ale, dwa!? Wszak miałem iść sam!
Pośpiesznie zacząłem szukać w myślach, która z licznych dam dworu może chcieć spędzić ten wieczór w moim towarzystwie.
Muszę Was zapewnić, że to nie jest prosta sprawa... Wszak na dzień doby odpadają te, co mają akurat trudne dni lub te, które właśnie rozbolała głowa… itd. Padło więc na wrażliwą istotę, chociaż o dębowym uchu, której od dawana co niektórzy wmawiają, że powinna wyjść za poetę... Nie wiem, dlaczego jej tak źle życzą.
Więc czym prędzej zapytałem, czy zechce mi towarzyszyć, a ona – mimo że miała już zaplanowany wieczór (aerobik) – zgodziła się.
Potwierdziłem zatem Pani o aksamitnym głosie, że dwa rezerwuję... i stało się.
Popołudniu pojechaliśmy romantycznie... tramwajem... Wiadomo, tylko szaleniec może „jechać”samochodem przez Kraków w godzinach szczytu... Słyszałem, że sam Prezydent Miasta Krakowa zrywa się wcześniej z pracy, aby uniknąć korków... a w MPK jeździ z ochroną tylko podczas wyborów.
Tramwaj był zatłoczony jak ulice tego miasta... Falujący tłum rzucił mnie wprost na siedzenie dla ciężarnych... Wiem, że ostatnio przytyłem, ale żeby aż tak?! Moją koncertową partnerkę pospólstwo rzuciło w drugim kierunku... Nie zdążyłem chwycić jej za rękę... normalnie jak na Titanicu. Ona, lecąc w powietrzu, uchwyciła się rurki pod sufitem. Ponieważ jest niskiego wzrostu, zawisła nie dotykając podłogi. Ścisk był tak potworny, że przypomniał mi się kolega, który w takich chwilach zwykł mawiać: „Dobrze, że są na świecie geje, bo przynajmniej jest gdzie palec włożyć” i tak udało nam się dobrnąć do celu podróży... Ona dyndając – ja robiąc za ciężarną. Teraz należało się tylko przedostać do drzwi bacząc, by przy tym manewrze nie utracić portfela lub torebki... Przypominałem szarżującego zawodnika amerykańskiego footballu, ona zaś była niesiona falą niczym na koncercie rockowym... po czym tramwaj wypluł nas jak wielka ryba Jonasza na tych, którzy oczekiwali, aby odbyć dalszą podróż.
Kiedy udało nam się otrząsnąć i poprawić ubrania, które przeszył istny crash-test, chwiejnym krokiem podążyliśmy do kawiarni na ucztę duchową.
Pani aksamitna usłyszawszy moje pytania o rezerwację, natychmiast stwierdziła, że rozpoznaje mnie po głosie i nie musiałem publicznie cytować swojego przydługawego nazwiska... wiadomo RODO... wiadomo Wędrowny Kaznodzieja.
Uiściłem należność i zostaliśmy dla bezpieczeństwa zakuci w papierowe kajdany... Taki zwyczaj... Inni stawiają pieczątki, aby wykluczyć słuchaczy na gapę lub na krzywego ryja.
Następnie Pani wręczyła nam paragon wraz ze śpiewnikami, co wzbudziło we mnie zaniepokojenie, bo oprócz wcześniej zacytowanego spotkania śpiewaczego widniały inne litery: „pieśni eschatologiczne”. Zmroziło mnie... trupie pieśni? Dobra, niech śpiewa, byle nam nie kazał. Moja partnerka pobladła na licu i przeczuwając najgorsze, wyszeptała: „Boże, ja miałam czwórkę z muzyki” i zaparła się nieco, jakby ją wpychano żywcem do grobu. Mały młody fanklub Struga napierając, poniósł nas do środka. Usiedliśmy przy otwartym oknie jakby licząc, że to jest jedyna droga ucieczki. Z podwórza powiewało rześkie powietrze. Na skrzypiącym obracanym krześle siedział Pan artysta, twarzą do zajmujących miejsca... W lwiej części byli to ludzie młodzi z dominantą rodzaju żeńskiego, tuż za nim stał czarny krokodyl, który miał zamknięta paszczę, a klawiatura również była milcząco nieczynna. Pan Strug oznajmił, że będziemy śpiewać pieśni... żałobne, a w zasadzie trupie... Domyśliłem się, że a cappella. Pomyślałem... może jednak zamknę okno, bo jak zacznę wyć różnymi modulacjami regionów Polski, to niechybnie dołączą się do tego chóry bezdomnych psów, a może i wilcy przyjdą... Już nie wspomnę, że byliśmy w pobliżu żydowskiego cmentarza.... Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby tamtejsze duszyczki to usłyszały.
Spotkaniu ton nadawał sam Pan Pieśniarz... niczym zapiewajło, profesjonalnie dyrygując uczestnikami... Ja, mając pierwszy stopień muzyczny – czyli słyszę jak jest cisza lub jak coś wydaje dźwięki – w większości śpiewałem z playbacku, korzystając z dźwięków, które wydawali inni. Obok mnie siedziała towarzyszka dzisiejszej koncertowej randki, blada z zaciśniętymi ustami. Wcale jej się nie dziwię… Czytała takie wyśpiewywane słowa: „Pogrzebmyż to ciało w grobie”, „Już idę do grobu smutnego, ciemnego”, „Wczoraj się świeciła, dziś spróchniała” itd. – i to przez dwie godziny.
Wyszliśmy mocno zdołowani... W necie było napisane, że za dwie stówki można jeszcze zjeść kolację z artystą... Mnie po wydaniu 120 złotych na bilety (nie liczę biletów MPK, ostatnio drastycznie podrożały) i tekstów, które słyszałem, nic nie przeszłoby przez gardło... Jeno tylko starczyło mi odwagi na podanie dłoni Panu Adamowi S.
Wracaliśmy nocą, pieszo, przez iluminowany Kraków... Ona pewnie była zdziwiona zaproszeniem, chociaż w głębi serca myślała, że jestem romantyczny, proponując jej taki długi piękny spacer po mieście... Ja szczęśliwy, że nie pada i wkurwiony na maxa... Bez koncertu, spłukany na jakieś pogrzebowe pieśni, które za free słucham jeżdżąc po polskich wsiach i miastach, i do tego nie mam nawet na Ubera... że nie wspomnę już o zatłoczonym tramwaju. Kiedy wieczorem wszedłem do wanny, aby zmyć kurz dnia codziennego, zauważyłem, że nie jestem całkiem nagi... na prawej ręce wisiała mi trudno usuwalna papierowo-foliowa obręcz... Jakby mówiła do mnie: memento mori…
Że myśmy to przeżyli... Dzielna kobitka.
Pozdrawia Was Kaznodzieja Wędrowny