czwartek, 22 października 2020

Diabli to nadali

 

Kiedym na świat przyszedł

diabli to nadali

tuż przy mej kołysce

czarci sobie stali

 

Anioł święty w bieli

ręce załamywał

bom przybywał wtedy

gdy są lenne żniwa

 

Gdym się ledwo wydarł

z czeluści otchłani

nic mnie nie pytając

imię mi nadali

 

Święci na mnie patrzą

ze sklepień kościoła

a mnie jakiś facet

do świętości woła

 

Pomyślałem wówczas

żem królewicz mały

bo mi wtedy ręce

tetrą powiązali

 

Całkiem bez mej woli

i wolności wszelkiej

do szkoły zabrali

franią umysł prali

 

Owszem byłem święty

poprzez lata długie

aż żem się zapatrzył

w pewne nogi smukłe

 

A gdym się otrząsnął

późna była pora

bo mnie wbrew mej woli

zabrali do woja

 

Wojo było marne

pełne trepów trupich

a jeden czy drugi

to był strasznie głupi

 

Zaraz po wojaczce

przyszła błoga chwila

bo urwało piętę

w pomniku Lenina

 

Gdy komuchy ledwo

otrzęsły się z trwogi

nasza Solidarność

wstała na dwie nogi

 

Blok się wnet posypał

runął z wielkim hukiem

a najwięcej przez to:

ubogim dał w dupę

 

Ręce które kradły

w gwiazdy się przybrały

i wszystko co cenne

zaraz rozsprzedały

 

Ojczyznę nabyła

spekulantów zgraja

potomkom judaszy

nie raz nas sprzedała

 

A gdym z kolan wstawał

to na moim grzbiecie

siedział sam lucyfer

w tęczowym berecie

 

Odtąd rzesze opętanych

zamiast mięsa żre banany

dzisiaj człowiek się nie liczy

bożkiem teraz zwierz na smyczy

 

Jakby tego było mało

trwale swe maluje ciało

teraz każdy kto się nudzi

tuszem skórę swoją brudzi

 

Męskość dzisiaj jest ta sama

tylko w kupie umazana

tym kobiety poruszone

babę biorą se za żonę

 

Wolność dzisiaj taka wielka

że na miłość jest zamknięta

a normalność pochowana

przez psychicznych wyśmiewana

 

Oświeceni w pełnej krasie

podbijają ciemną masę

masa teraz już podbita

krzyczy dajcie nam srebrnika

 

Szatan rączki swe zaciera

rzesze fanów swoich zbiera

do kościoła się dobiera

i już żniwo swoje zbiera

 

Archaniołów morze całe

ze zdziwienia oniemiałe

kiedyś pewnie się też wkurzy

zatem dojdzie wnet do burzy

 

Pan Bóg patrzy

jednym okiem

lud zmądrzeje

przyjdę potem

 

W międzyczasie człowiek

się napłodził dzieci

patrzeć a tu wnuk za wnukiem

na kolana leci

 

Zatem już niewiele

życia mi zostało

a ciało wciąż woła

mało mało mało

 

Czasem człowiek nie wie

jak ten czas ucieka

diabli w nim szaleją

Pan Bóg człeka czeka.

 

Widzę to z oddali

kołyska już czeka

anioł jak stał stoi

pewnie duszy czeka.

 

Mądry ten

co wierzył

w Boga

nie w człowieka

 


niedziela, 20 września 2020

Niezłomni

 

A kiedy dzieci morderców robiły kariery,  

Oni palili znicze pod spłowiałym zdjęciem.

 

A kiedy mordercy kupowali innych za powszednie rzeczy,

Oni leżeli w bezimiennym błocie.

 

A kiedy mordercy kształtowali nasze dzieci,

Oni nie chcieli mieć tak zwanego świętego spokoju.

 

A dziś potomkowie morderców podcinają Twoje korzenie,

Bo miałeś czelność wydobyć z ziemi ich martwe sumienie.

 

Idą Cię kupić za zerwane z Twego pola kwiecie,

Bo najlepiej rozdaje się to, co należy do Ciebie.

 

Tak czynią i dziś hitlerowskie stalinowskie dzieci,

Tworząc tym samym nową rasę niewolników na świecie.

 

Wiersz dedykowany stryjowi Aleksandrowi

leżącemu w bezimiennym grobie

gdzieś w Charkowskim błocie. 

 

/>

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Obieg zamknięty

Przed snem woda płonie miłością do ziemi

fale wydają ostatnie tchnienie wracając skąd przybyły

po zachodzie słońca wiatr życia cichnie

ustępując innej rzeczywistości erze księżyca

wszystko to jest obiegiem zamkniętym

z miłości jestem 





poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Pandemia

widziałem rano tęczę
widziałem przez okno
widziałem bo stałem
po dobrej stronie światła
czyli jest nadzieja




piątek, 7 lutego 2020

Kraty

Wiersz dedykowany pamięci Wojciecha Kwiatka i Romualda Lipko oraz Miłości która płynie z serc Mniszek dominikańskich na Gródku.



Nie zazdroszczę Ci Twoich snów

Ni lęku kto zapuka do Twych drzwi

Ciągle uciekasz to Twoja kara.



Dobrowolność pozostania za kratami

To większa wolność niż zniewolenie

Polaryzacja naszych światów niezbędna.



Między nami przestrzeń która przeszkadza

To co nierealne bardzo realne

Kraty to nie tylko więzienie.



Idziesz w świat ale chcesz żeby ktoś myślał

Chcesz zatrzymać czas to tęsknij

Zło maleje gdy czuje się ścigane.



Największy niepokój to święty spokój

Życie ucieka tym którzy kurczowo je trzymają

Pozostaw po sobie nić pokoleń.



To konieczne aby się wspiąć do nieba

I złapać je w sieci miłości

Bo niebo też ma kraty.





piątek, 27 grudnia 2019

Reklamacje świąteczne.


Czyli jak utknąłem w wannie.

Otóż moi drodzy dostałem od Gwiazdki, Aniołka, Gwiazdora... czy jak mu tam, prezent

pod choinkę. Były w nim między innymi kulki do kąpieli... relaksacyjno-nawilżające.

Wiadomo, jak człowiek coś otrzyma czy wyprodukuje, to natychmiast postanawia to wykorzystać lub użyć... Ja też tak uczyniłem.

Między jedną a drugą Wigilią postanowiłem zażyć komfortu i pachnieć, gdyż jedna z kulek wydawała zachęcający zapach.

Napuściwszy wodę do wanny, wlazłem do niej nagi jak Pan Bóg mnie stworzył (mogę tak powiedzieć, ponieważ nie miałem żadnej operacji plastycznej ani tatuażu).

Kiedy już leżałem wygodnie otulony „naturalnym ciepłem” wody życia, wrzuciłem kulkę i poczyniłem następujące obserwacje.

Po pierwsze - kulka z lekka eksplodowała, czyniąc swoiste jacuzzi.

Po drugie - nadała wodzie kolor urynoterapii, co zakłóciło urologiczne obserwacje mojej szczelności.

Po trzecie - w tracie tego procesu zauważyłem, że wydostaje się z niej tłusta maź, jakby tankowiec został trafiony torpedą.

Po czwarte - ta maź zaczęła ogarniać całe moje ciało, a powierzchnia wody wypełniła się jakby oczkami rosołu... Pomyślałem: dobrze, że nie jestem aniołem, bo szlag by trafił pióra i latanie.

Po piąte - ogłosiłem natychmiast alarm ekologiczny, ale nikt mojego nawoływania SOS nie słyszał, bo w tym roku obchodziłem Wigilię sam, na bezkresnym oceanie nowo wybudowanych osiedli pod wynajem, które notabene zabijają Kraków. Byłem sam... ponieważ słoiki dawno wyjechały na święta, porzucając podziemne garaże i pozostawiając milczące ciemne okna.

Po szóste - nienaturalna śliskość nie tylko ogarniała moje ciało powodując, że zacząłem się przemieszczać po wannie bezwiednie niczym śliwka w kompocie, ale również uszkodziła moje zdolności chwytne, gdyż cokolwiek starałem się złapać, natychmiast wyskakiwało z moich dłoni. Obojętne, czy to była część mojego ciała... noga, ręka, że nie wspomnę o drobniejszych elementach mojej osoby jak na przykład nos, ale nawet nie udało mi się uchwycić słuchawki od prysznica, abym mógł się wyrwać z tej matni... Ona również natychmiast stała się relaksacyjno-nawilżona.

Jednym słowem, tłuszcz był wszędzie, ogarniał wszystko, co się pojawiało na jego drodze. Pomyślałem: ocali mnie tylko mydło. Gdy podjąłem desperacką próbę wzięcia go do ręki, ono wystrzeliło z taką mocą, że uderzywszy a nie stłukłszy lustra, odbiło się od niego z dużym impetem, po czym wpadło prosto do muszli klozetowej. Tu wróciły do mnie słowa mojej mamy: „Ile razu muszę Ci mówić, abyś opuszczał deskę” i tak szansa ratunku przepadła z kretesem.

Po siódme - dryfując już około sześćdziesiąt minut, całkowicie zrelaksowany, nawilżony i natłuszczony... jakby było mi mało własnego tłuszczu... obmyślałem sposoby, jak tu się wydostać z pułapki.

Po ósme - teraz żałowałem, że w komórce nie nastawiłem funkcji wybierania głosowego, bo pewnie zadzwoniłbym o pomoc do TOPR-u. Oni jako jedyni ratują za darmo i jeszcze nawet nie przyjmują odznaczeń od prezydenta, uznając, że to ich obowiązek. Wiadomo, po pogotowie ratunkowe nawet nie ma co dzwonić... Pamiętacie, co zrobili Jurandowi ze Spychowa? Kiedy rycerze spotkali na drodze oślepionego starca, bez języka w łachmanach i nie rozpoznali w nim Juranda, zapytali „Kto Ci to zrobił?”, a wtedy Jurand podniósł kikut odrąbanej ręki i nakreślił w powietrzu znak krzyża... Jeden z bystrzejszych rycerzy (bo jak wiadomo ogólnie to było tępe towarzystwo, bowiem miało zakute łby) rzekł: „Niemożliwe... pogotowie Ci to zrobiło?!”

Więc ta alternatywa, nawet gdyby, nie wchodziła w grę... Ale znacie mnie, wiecie, że się nie poddaję.

Po dziewiąte - ciało moje już nie przyjmowało cholernego specyfiku, stając się pomarszczone, i powoli traciło niepotrzebny naskórek... to się peeling nazywa czy cóś takiego.

Postanowiłem zanurkować i otworzyć korek wanienny, i to był dobry pomysł, bowiem po udanej próbie powstało zawirowanie wodne przypominające lejek trąby powietrznej. Teraz tłusta ciecz pomykała w kanalizację miejską, próbując przy tym zabrać mnie za sobą, ale i na to znalazłem sposób, usiadłszy na wylocie waniennym, tym samym pozwalając wodzie wydostać się przez przełęcz międzypośladkową... Przyznam, że było to nawet miłe uczucie…

Kiedy już ten żywioł zniknął w czeluściach rurowych, okazało się, że za cholerę nie mogę użyć moich łokci, aby stanąć na równe nogi, ponieważ tłuszcz pozostał. Byłem uwięziony w wannie na dobre, moje ciało zaczęło tracić temperaturę a robiła się już późna pora... Rodzice czekali z Wigilią... W oddali słychać było dźwięk mojego telefonu i przychodzące wiadomości, na które nie byłem w stanie odpowiadać, co budziło we mnie jeszcze większą frustrację i podnosiło dramaturgię sytuacji, w jakiej się znalazłem.

Po dziesiąte - pomoc przyszła od pumeksu. Zauważywszy go, pomyślałem o piasku i lodzie. Teraz nerwowo paznokciami skubałem kryształki wulkanicznej lawy, które pozwoliły mi podnieść się na rękach, po czym dwukrotnie wykonałem beczkę w powietrzu i spadłem na posadzkę łazienkową niczym kot wszystkimi kończynami... Byłem uratowany.

Zastanowiło mnie jedno... jak to robią kobiety? I czy mogę złożyć reklamację, skoro już nie ma przedmiotu reklamowanego?

Ubolewam również, że nie było przy kulce stosownych instrukcji... na jaką ilość wody działa to skażenie i ostrzeżeń lub jakiegoś małego formularza ubezpieczeniowego na okoliczność wydarzeń losowych.

Opisałem to moje doświadczenie jako przestrogę dla facetów, którzy mogą dostać jakiś nieznany przedmiot bez załączonej instrukcji.

Wesołych Świąt.

sobota, 23 listopada 2019

Memento mori

Wiadomo... jesień... deszcz... plucha... szaro... ponuro... deszcz.
Jak obłędny rycerz (nie mylić z błędnym rycerzem) może przeżyć tak trudny czas i nie zardzewieć…
Jak to jak... trzeba iść między ludzi, więc ku mojej radości pojawił się na Fb post promujący występ ulubionego pieśniarza „Adam Strug spotkanie śpiewacze”
Pomyślałem... Leśmian, Soyka i te klimaty, super!
Jednak samo wydarzenie wzbudziło we mnie lekkie podejrzenie... Jak to? Sam wielki Strug (nie mylić z ręcznym narzędziem do obróbki skrawaniem drewna i materiałów drewnopochodnych) wystąpi w jakiejś małej mizernej gospodzie, a nie np. w Centrum Kongresowym ICE lub w Tauron Arenie?
Jednak pomyślałem, że wielcy artyści mają różne kaprysy i pewnie to jest właśnie jeden z tych kaprysów... i to mnie uśpiło.
Zanurzywszy się w codzienności prozy życia i codziennej walce z wiatrakami, ocknąłem się w dniu wydarzenia z przerażeniem, że nie kupiłem biletu... Wprawdzie miałem alternatywę pójścia na wykład do IPN-u, ale jednak chciałem posłuchać Adama.
Byłem pewny, że już po czasie i bilety zostały wyprzedane... Znając jednak siłę i moc mojego głosu (wszakże niejednokrotnie doświadczałem, jak białki usłyszawszy mój tempr, natychmiast mdlały lub na chwilę traciły mowę, a nieraz i głowę, że z kultury nie wspomnę o innych stratach), postanowiłem zadzwonić.
Kiedy wybrałem ostatni numer i nacisnąłem słuchawkę, usłyszałem aksamitny głos kobiecy, która usłyszawszy moje zapytanie:
Czy można kupić jeszcze bilet na dzisiejszy koncert Adama Struga?
Odpowiedziała:
Tak... są jeszcze bilety... mogę panu dwa zarezerwować.
A kiedy udało mi się wynegocjować dobrą cenę, pomyślałem... działa! Ale ale, dwa!? Wszak miałem iść sam!
Pośpiesznie zacząłem szukać w myślach, która z licznych dam dworu może chcieć spędzić ten wieczór w moim towarzystwie.
Muszę Was zapewnić, że to nie jest prosta sprawa... Wszak na dzień doby odpadają te, co mają akurat trudne dni lub te, które właśnie rozbolała głowa… itd. Padło więc na wrażliwą istotę, chociaż o dębowym uchu, której od dawana co niektórzy wmawiają, że powinna wyjść za poetę... Nie wiem, dlaczego jej tak źle życzą.
Więc czym prędzej zapytałem, czy zechce mi towarzyszyć, a ona – mimo że miała już zaplanowany wieczór (aerobik) – zgodziła się.
Potwierdziłem zatem Pani o aksamitnym głosie, że dwa rezerwuję... i stało się.
Popołudniu pojechaliśmy romantycznie... tramwajem... Wiadomo, tylko szaleniec może „jechać”samochodem przez Kraków w godzinach szczytu... Słyszałem, że sam Prezydent Miasta Krakowa zrywa się wcześniej z pracy, aby uniknąć korków... a w MPK jeździ z ochroną tylko podczas wyborów.
Tramwaj był zatłoczony jak ulice tego miasta... Falujący tłum rzucił mnie wprost na siedzenie dla ciężarnych... Wiem, że ostatnio przytyłem, ale żeby aż tak?! Moją koncertową partnerkę pospólstwo rzuciło w drugim kierunku... Nie zdążyłem chwycić jej za rękę... normalnie jak na Titanicu. Ona, lecąc w powietrzu, uchwyciła się rurki pod sufitem. Ponieważ jest niskiego wzrostu, zawisła nie dotykając podłogi. Ścisk był tak potworny, że przypomniał mi się kolega, który w takich chwilach zwykł mawiać: „Dobrze, że są na świecie geje, bo przynajmniej jest gdzie palec włożyć” i tak udało nam się dobrnąć do celu podróży... Ona dyndając – ja robiąc za ciężarną. Teraz należało się tylko przedostać do drzwi bacząc, by przy tym manewrze nie utracić portfela lub torebki... Przypominałem szarżującego zawodnika amerykańskiego footballu, ona zaś była niesiona falą niczym na koncercie rockowym... po czym tramwaj wypluł nas jak wielka ryba Jonasza na tych, którzy oczekiwali, aby odbyć dalszą podróż.
Kiedy udało nam się otrząsnąć i poprawić ubrania, które przeszył istny crash-test, chwiejnym krokiem podążyliśmy do kawiarni na ucztę duchową.
Pani aksamitna usłyszawszy moje pytania o rezerwację, natychmiast stwierdziła, że rozpoznaje mnie po głosie i nie musiałem publicznie cytować swojego przydługawego nazwiska... wiadomo RODO... wiadomo Wędrowny Kaznodzieja.
Uiściłem należność i zostaliśmy dla bezpieczeństwa zakuci w papierowe kajdany... Taki zwyczaj... Inni stawiają pieczątki, aby wykluczyć słuchaczy na gapę lub na krzywego ryja.
Następnie Pani wręczyła nam paragon wraz ze śpiewnikami, co wzbudziło we mnie zaniepokojenie, bo oprócz wcześniej zacytowanego spotkania śpiewaczego widniały inne litery: „pieśni eschatologiczne”. Zmroziło mnie... trupie pieśni? Dobra, niech śpiewa, byle nam nie kazał. Moja partnerka pobladła na licu i przeczuwając najgorsze, wyszeptała: „Boże, ja miałam czwórkę z muzyki” i zaparła się nieco, jakby ją wpychano żywcem do grobu. Mały młody fanklub Struga napierając, poniósł nas do środka. Usiedliśmy przy otwartym oknie jakby licząc, że to jest jedyna droga ucieczki. Z podwórza powiewało rześkie powietrze. Na skrzypiącym obracanym krześle siedział Pan artysta, twarzą do zajmujących miejsca... W lwiej części byli to ludzie młodzi z dominantą rodzaju żeńskiego, tuż za nim stał czarny krokodyl, który miał zamknięta paszczę, a klawiatura również była milcząco nieczynna. Pan Strug oznajmił, że będziemy śpiewać pieśni... żałobne, a w zasadzie trupie... Domyśliłem się, że a cappella. Pomyślałem... może jednak zamknę okno, bo jak zacznę wyć różnymi modulacjami regionów Polski, to niechybnie dołączą się do tego chóry bezdomnych psów, a może i wilcy przyjdą... Już nie wspomnę, że byliśmy w pobliżu żydowskiego cmentarza.... Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby tamtejsze duszyczki to usłyszały.
Spotkaniu ton nadawał sam Pan Pieśniarz... niczym zapiewajło, profesjonalnie dyrygując uczestnikami... Ja, mając pierwszy stopień muzyczny – czyli słyszę jak jest cisza lub jak coś wydaje dźwięki – w większości śpiewałem z playbacku, korzystając z dźwięków, które wydawali inni. Obok mnie siedziała towarzyszka dzisiejszej koncertowej randki, blada z zaciśniętymi ustami. Wcale jej się nie dziwię… Czytała takie wyśpiewywane słowa: „Pogrzebmyż to ciało w grobie”, „Już idę do grobu smutnego, ciemnego”, „Wczoraj się świeciła, dziś spróchniała” itd. – i to przez dwie godziny.
Wyszliśmy mocno zdołowani... W necie było napisane, że za dwie stówki można jeszcze zjeść kolację z artystą... Mnie po wydaniu 120 złotych na bilety (nie liczę biletów MPK, ostatnio drastycznie podrożały) i tekstów, które słyszałem, nic nie przeszłoby przez gardło... Jeno tylko starczyło mi odwagi na podanie dłoni Panu Adamowi S.
Wracaliśmy nocą, pieszo, przez iluminowany Kraków... Ona pewnie była zdziwiona zaproszeniem, chociaż w głębi serca myślała, że jestem romantyczny, proponując jej taki długi piękny spacer po mieście... Ja szczęśliwy, że nie pada i wkurwiony na maxa... Bez koncertu, spłukany na jakieś pogrzebowe pieśni, które za free słucham jeżdżąc po polskich wsiach i miastach, i do tego nie mam nawet na Ubera... że nie wspomnę już o zatłoczonym tramwaju. Kiedy wieczorem wszedłem do wanny, aby zmyć kurz dnia codziennego, zauważyłem, że nie jestem całkiem nagi... na prawej ręce wisiała mi trudno usuwalna papierowo-foliowa obręcz... Jakby mówiła do mnie: memento mori…

Że myśmy to przeżyli... Dzielna kobitka.
Pozdrawia Was Kaznodzieja Wędrowny